Bobas na szlaku

Część druga Bobas na szlaku

Kontynuując moją opowieść o dziecku…Po urodzeniu Wiktorii zaczęliśmy rozmyślać nad wakacjami. Zaplanowaliśmy je na wrzesień i marzyły nam się góry. Od dawna myśleliśmy o Alpach, wybraliśmy sobie rejon i domek i znów pojawiło się pytanie: czy takie małe dziecko można zabrać wysoko w góry i jak wysoko? Na jak długo? Oczywiście obczytałam wszystkie fora internetowe – znalazłam skrajne odpowiedzi od takich, co twierdzili, że przez pierwsze 5 lat dziecko nie może jeździć w góry, do takich, którzy pisali, że miesięczne dziecko na 2.000 m to luzik. Akurat miałam wizytę u lekarza, więc postanowiłam spytać się fachowca. Pierwszy lekarz powiedział, że to niezbyt mądre. Uznałam, że pójdę do Pani doktor, która prowadzi moje dziecko od urodzenia. Okazało się to dobrym wyborem, bo przemówiła głosem rozsądku. Nie dała mi jednoznacznej odpowiedzi, bo takiej nie ma i próżno jej szukać, ale poradziła na co zwracać uwagę. Po pierwsze najważniejsze to w dniu przyjazdu pozostać na danej wysokości (nasz domek był na poziomie 1 600 m) i obserwować dziecko – czy nie zmniejszył się apetyt, czy nie zrobiło się apatyczne lub np. wymiotuje – bo to są pierwsze oznaki, że maluszkowi nie odpowiada ta wysokość. Po drugie w kolejnych dniach zdobywając wysokość robić to etapami, a nie od razu kolejką na 3 000 m. Po trzecie robić częste przerwy i wyciągać bobasa z nosidła, żeby malutki kręgosłup odpoczął (mniej więcej co 1,5 – 2 h).

W dniu naszego wyjazdu mała kończyła pół roczku. Specjalnie zaplanowaliśmy urlop w tym czasie, bo podstawą dla nas było dobre nosidło, w który córka będzie bezpieczna, nie chusta, miękkie nosidełko czy inne wynalazki – ale porządne sztywne górskie nosidło (odziedziczyliśmy w spadku po rodzinie – na szczęście, bo nie są to tanie sprzęty).

Wiem, że nasza grupa to Tatry, a nie Alpy, ale akurat jej pierwszy wyjazd wypadł w te właśnie góry. Wybraliśmy się na kilka szlaków a Alpach austriackich, w tym na lodowiec na granicy z Włochami, gdzie wjeżdżaliśmy kolejką na wysokość 3 108 m.

Wiktoria wszystko znosiła świetnie, a my do perfekcji opanowaliśmy przewijanie na szlaku, karmienie butelką i wyparzanie jej.

Pamiętam jedną sytuację jak musieliśmy ją przewinąć na dość stromym podejściu na wąskiej ścieżce. Przydały nam się 4 ręce, bo maż trzymał małą pod pachami, żeby nie zjechała w dół, a ja dokonywałam czynności pielęgnacyjnych. Zdjęcia niestety nie mamy, bo wolnej ręki nie było. Dla Wiktorii musiało to być bardzo zabawne bo śmiała się cały czas.

Cały okres wyjazdu obserwowaliśmy ją zgodnie z zaleceniami Pani doktor, ale nie było żadnego znaku, że nie odpowiada jej wysokość lub cokolwiek innego. Wręcz przeciwnie.

Na każdy szlak targaliśmy ze sobą plandekę o powierzchni 15m2, którą rozwijaliśmy na postojach i mała miała po czym hasać i gdzie leżeć (w razie deszczu robiliśmy z niej namiot).

Mimo, że byliśmy z 6 miesięcznym dzieckiem udało nam się sporo zobaczyć, zdobyć 2 szczyty blisko 3 tysięczne w Alpach Austriackich

i dotrzeć pod północną ścianę Eigeru w Szwajcarii, gdzie nocowaliśmy w hotelu/schronisku (bardzo interesowaliśmy się historią zdobycia tej ściany i marzeniem naszym było tam pojechać).

Na fali wyjazdu w Aply oraz kontynuując tradycję wyjazdu na Sylwestra w Tatry zorganizowaliśmy wypad z tą samą epiką tym razem do schroniska w Dolinie Chochołowskiej. Wiktoria miała mieć wówczas 9 miesięcy. To miał być nasz pierwszy zimowy wyjazd w góry z małą i jej pierwszy pobyt schroniskowy. Wiadomo więc, że z doliny musimy zabrać wszystko, co będzie nam potrzebne dla małego dziecko, bo w schronisku nic takiego nie kupię. Wiadomo też, że to wszystko waży, a skoro jedno z nas niesie małą w nosidle, to cały bagaż ląduje na barkach drugiej osoby. Na szczęście szedł z nami mój kuzyn, którego uszczęśliwiliśmy dowiązując mu do bagażu składane krzesełko dla małej i paczkę pieluch.

Wiedziałam, że maksymalnie muszę ograniczyć ubrania, bo w to miejsce pójdą kaszki, mleko, soczki, pieluchy itp. Wzięłam więc małej dosłownie 3 komplety ubrań i torebeczkę proszku do prania ☺ Podstawą była termobielizna – kupiona za niewielkie pieniądze chyba w Lidlu – która doskonale chroniła ją przed wyziębieniem. Zastanawiałam się też jak rozwiązać problem kąpieli, przecież nie weźmiemy wanienki a w schroniskach są prysznice. Nie bardzo chciałam wkładać ją bezpośrednio do brodzika (ze względów higienicznych), dlatego wpadłam na pomysł wzięcia ze sobą podkładów do przewijania. Po rozłożeniu wypełniły cały brodzik, malutka była bezpieczna, bo siedziała na czystej macie i kąpała się prawie jak w domu. Wzbudzała spore zainteresowanie i z reguły towarzyszyło nam przy kąpieli sporo nowo poznanych cioć ☺

Schronisko jest duże i miała gdzie raczkować, Panie tylko błagalnym wzrokiem patrzyły na nas jak podchodziła do choinki, bo usilnie chciała ją rozbierać. Doskonale opanowała też pożeranie szarlotek członkom naszej ekipy. Wyobraźcie sobie sytuacje – wracacie z kilkugodzinnego szlaki, dajmy na to z Wołowca, cieplutkie schronisko, szybki prysznic, ciepłe ciuchy schodzicie na stołówkę, wystoicie w kolejce wspaniałą szarlotkę, zasiadacie z kuflem piwa i…dziecko patrzy na Was takim wzrokiem, że nie jesteście w stanie odmówić. Dobrze, że piwa nie chce ☺ jeszcze…

Wracając do małej jedynym problemem i to sporym okazała się woda – bowiem ciepła woda popularnie zwana wrzątkiem okazała się wcale nim nie być. Stojące w kuchniach turystycznych podgrzewacze nie gotują wody, a jedynie ją podgrzewają do ok. 90 st. C. O ile dla nas nie ma to większego znaczenia – byle było czym zalać termos i zupkę, o tyle dla dzieci (przynajmniej w naszym przypadku) ma i to duże. Wiktoria miała takie kolki przez pierwsze dni, że wolę do tego nie wracać myślami. Po śledztwie obwiniliśmy (i słusznie) wodę. Nie było innego wyjścia jak kupowanie mineralnej w bufecie i proszenie o gotowanie jej. Dziękuję kochanym Paniom, które kilka razy dziennie cierpliwie i z uśmiechem gotowały nam wodę na mleko. Niestety butelkowa woda trochę uszczupliła nasz budżet, ale dziecko było zadowolone i bez kolek – a to bezcenne ☺ Fajnym patentem na „usadzenie” dziecka było turystyczne krzesełko, które przyczepia się do każdego stołu i dziecko sobie siedzi elegancko.

Z uwagi na pogodę (czasem nawet – 15 st. C) i te nieszczęsne koli stworzyłyśmy z koleżanką z ekipy (w 8. Miesiącu ciąży) Dream Team i chodziłyśmy jak koty własnymi drogami. Najczęściej odprowadzaliśmy resztę kawałek, dochodziłyśmy sobie jeszcze do jakiegoś nie ustalanego wcześniej punktu – odpoczynek, sesja zdjęciowa i powrót do schroniska.

Wieczory spędzaliśmy całą ekipą a Wiktoria raczkowała wokół nas najczęściej planując szlaki na kolejne dni (czyli jedząc mapę – swoją drogą po tym wyjeździe okazało się, że laminowane mapy są na serio nieprzemakalne☺).

Sporo czasu i zachodu zajmowało nam ubranie małej na szlak – pamiętając, że ona przecież nie chodzi, tylko jest niesiona, a na zewnątrz mamy ostrą zimę.

Obowiązkowo gruba warstwa kremu – niczym zdobywcy ośmiotysięczników i do góry.

Opatentowaliśmy też śmieszne ochraniacze na buty – w zasadzie ocieplacze – przerabiając poszewkę na poduszkę z owczej wełny (przecięliśmy na pół, dowiązaliśmy sznureczki i w taki kokon wkładaliśmy jej bucik).

Z dokonań zimowych Wiktorii możemy się pochwalić – Grzesiem i prawie Trzydniowiańskim Wierchem + przedeptane okoliczne szlaki w 2/3 długości, eksploracja Polany Chochołowskiej i całego terenu schroniska.

Jak bardzo było wtedy zimno dotarło do nas po powrocie do samochodu na parking. Na siedzeniu zostawiliśmy pieluchę Wiktorii przebierając ją w biegu przed samym wyjściem do schroniska. Zamarzła na taką kość, że można by było zabić tym pakunkiem ☺

Wyjazd zaliczamy do bardzo udanych – dziecko było zadowolone, wróciło zdrowe i uśmiechnięte. Teraz tylko oglądamy zdjęcia i wspominamy. Także nie ma co się bać dzieci w schronisku, dzieci zimą w górach. Dobre przygotowanie zdrowy rozsądek i do przodu.

A na koniec Wika wypatrująca kolejnych górskich wyjazdów (zdjęcie z 1 piętra schroniska na Polanie Chochołowskiej)

Pozdrawiam wszystkich i biorę się za  opisanie kolejnej porcji górskich wrażeń z dzieckiem ☺

Karolina Załucka

Redakcja: Borys Sier