Grań Rohaczy

Wrześniowy weekend i tatrzańskie plany – rozszerzony wariant „Orlej Perci Tatr Zachodnich”. Chcieliśmy przejść cała grań Rohaczy od Brestowej do Wołowca. Start i meta na Siwej Polanie. 

Plan na pierwszy dzień był prosty. Chochołowską na Grzesia, dalej słowackim zielonym na Przełęcz pod Osobitą i w dół na nocleg do Zverovki.
Pogoda niestety nie rozpieszczała. Żeby skrócić nudny marsz Chochołowską – na Siwej Polanie wzięliśmy rowery.

fot. Marek Stanisławski

Dzięki nim szybko znaleźliśmy się na Polanie Chochołowskiej.

fot. Marek Stanisławski

fot. Marek Stanisławski

Podejście na Grzesia poszło szybko i sprawnie a powyżej linii lasu objawiły nam się tatrzańskie barwy jesieni.

fot. Marek Stanisławski

fot. Marek Stanisławski

Po krótkim odpoczynku na Grzesiu (1653 m n.p.m.) ruszyliśmy w dalsza drogę. Większość ludzi, których mijaliśmy miało fioletowe usta – jagody wyjątkowo obrodziły w tym roku.  Tuż przed przełęczą zmoczył nas deszcz, ale nie trwał długo i po niecałych dwóch godzinach dotarliśmy na Przełęcz pod Osobitą (1581 m n.p.m.)

fot. Marek Stanisławski

Szkoda że od 1989 roku szlak na szczyt Osobitej jest zamknięty – widoki mogłyby być spektakularne. Z przełęczy poszliśmy w lewo, dość nudnym i miejscami stromym szlakiem przez las dotarliśmy do schroniska Zverovka. Tu pierwsze rozczarowanie – miejsc brak. Całe szczęście tuż obok znaleźliśmy nocleg w pięknym pensjonacie Sindlovec.

fot. Marek Stanisławski

Niedzielę zaczęliśmy dość wcześnie. Na ten dzień zaplanowaliśmy najdłuższy odcinek. Początek był dość deprymujący. Podejście niebieskim szlakiem od parkingu przy dolnej stacji kolejki, przez zdewastowany pracami budowlanymi las. Słowacy przebudowywali kolejkę i widoki były dołujące. Błoto i zbocze pocięte rowami. Po wyjściu ponad granicę lasu dopadła nas wichura, która towarzyszyła nam tego dnia niemal do końca. Powoli widoki zaczęły być coraz ładniejsze.

fot. Marek Stanisławski

Podejście pod Brestową (1934 m n.p.m.) było żmudnym zmaganiem się ze wzmagającym się wiatrem i padającym co chwila deszczem.

Brestowa. Wchodzimy na czerwony, graniowy szlak. Według planu na ten dzień – szlakiem tym mieliśmy dojść do Smutnej Przełęczy i zejść na nocleg do Żarskiej Chaty. Przestaje padać.

Podejście na Salatyn (2048 m n.p.m.) – typowe jak to w Tatrach Zachodnich. Stopniowo pod górę. Tylko ten wiatr…  Po prawej stronie grani otworzył się widok na surową dolinę Parzychwost i majaczący w oddali wierzchołek Pachoła. Krótki kawałek bardziej stromego skalnego podejścia przed wierzchołkiem Spalonej Kopy. Kominek i próg na grani – jak w Tatrach Wysokich – ale dla chcących – ubezpieczone łańcuchami.

fot. Marek Stanisławski

Za Spaloną zejście po skalnym rumowisku na Spaloną Przełęcz i kolejne podejście na Pachoła.

fot. Marek Stanisławski

Po dłuższej chwili meldujemy się przy stalowym krzyżu wieńczącym wierzchołek Pachoła (2167 m n.p.m.).

fot. Marek Stanisławski

Pogoda zaczyna się psuć. Nadciągają coraz cięższe chmury i mimo że wiatr nieco osłabł robi się bardzo ponuro i dość ciemno jak na stosunkowo wczesną porę (ok. 13:30). Szybkie zejście na Banikowską Przełęcz i ostre podejście na Banikov (2178 mn.p.m). W  międzyczasie pogoda praktycznie przekreśliła nasze dalsze plany na ten dzień. Zaczęło mocno padać a gęsta chmura spowiła wszystko wokół. Na szczycie Banikova zmiana planów.

fot. Marek Stanisławski

Skręcamy w prawo na zielony szlak i zamiast kontynuować drogę granią, schodzimy i emocjonującą oraz wcale nie krótką ścieżką przez Jalowiecki Przysłop i Jałowiecką Przełęcz docieramy do Żarskiego Schroniska.

Przez cały dzień spotkaliśmy ledwie kilka osób na szlaku. W schronisku gwar.

fot. Marek Stanisławski

Poranek przywitał nas lepszą pogodą. Było sucho a widoczność przyzwoita.  Ponieważ pogoda  zgoniła nas z grani wcześniej niż było to zaplanowane, a na koniec dnia musieliśmy wrócić na Siwą Polanę i jechać do domu, zdecydowaliśmy iż ominiemy fragment grani. Skierowaliśmy się zatem na Smutną Przełęcz, zostawiając odcinek Banikov – Trzy Kopy – Smutna Przełęcz na kolejny raz. Udało nam się pokonać ten odcinek rok później. Podążamy zatem za niebieskim szlakiem w kierunku Smutnej przełęczy.

fot. Marek Stanisławsk
fot. Marek Stanisławski

Smutna Przełęcz. Jesteśmy znów na grani. Powracamy na porzucony przedwcześnie czerwony szlak i zmierzamy do głównej atrakcji – Rohaczy.

fot. Marek Stanisławski

W miarę podchodzenia Rohacz Płaczliwy powoli przybliża się. Choć tablice informujące o czasie  przejścia budzą w nas konsternację. Zwykle udawało nam się skracać „mapowe” czasy przejść – ale 45 minut na odcinek Smutna Przełęcz – Rohacz Płaczliwy to jakaś pomyłka. Zajęło nam to dobre pół godziny dłużej. Ale nic to – pogoda się poprawiła i nadal nie ma ludzi. Czy może być piękniej?

fot. Marek Stanisławski

Przed Płaczliwym mnogość wydeptanych ścieżek wymaga zwiększonej uwagi. Część z nich trawersuje szczyt i omijając go skraca drogę do żółtego szlaku na Żarską Przełęcz. My trzymamy się ściśle grani  i nią osiągamy wierzchołek Placlivego. Widok – szczególne na przebytą już trasę jest imponujący

fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski

Powoli szlak zaczyna przypominać te dobrze znane z Tatr Wysokich. Zamiast łagodnych trawiastych wierzchołków, skalne urwiska, kominki, progi. Sama frajda.

Po lewej widać Rohackie Stawy, przed nami Rohacz Ostry i wyłaniający się z za niego Wołowiec – tylko dziwi ta stalowa, zardzewiała rura wieńcząca  wierzchołek Placlivego.

fot. Marek Stanisławski

Zejście na Rohacką Przełęcz i podejście na Rohacza Ostrego – to już zupełnie jak w Wysokich. Skalne progi i kominki dają dużo przyjemności. W wielu miejscach zamontowano ułatwienia w postaci łańcuchów, choć moim zdaniem zdecydowanie w nadmiarze. Widoki robią się coraz bardziej spektakularne.

fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski

Powoli osiągamy wierzchołek Rohacza Ostrego. Pojawiają się ludzie na szlaku. Ostre zejście w stronę osławionego Rohackiego Konia.

fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski

I oto on… budzi lekkie rozczarowanie. Ledwie kilka metrów a do tego łańcuch na całej długości. Co prawda na obie strony lufa budzi respekt – jednak trudności zdecydowanie przesadzone.

fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski

Po przejściu Konia, jeszcze zejście stroną ścianką i dalej paskudnie kruchym terenem na Jamnicką Przełęcz.

fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski

Z przełęczy już tylko dwa kroki na Wołowiec i rzut oka wstecz na przebytą drogę.

fot. Marek Stanisławski

Jest trochę po południu, ale niestety nie możemy zbyt długo marudzić. Czeka nas zejście na Siwą Polanę i powrót samochodem ponad 400 km do domu. Wielokrotnie przemierzanym szlakiem schodzimy zatem z Wołowca w dół Doliny Chochołowskiej. Szarlotka w schronisku i dalej wraz z tłumem wędrowców kończymy naszą rohacką przygodę na Siwej Polanie.

Podsumowanie:

Dzień 1 =  20,7 km; 1003 m w górę; 899 m w dół

Dzień 2 = 15,8 km; 1706 m w górę; 1458 m w dół

Dzień 3 = 20,3 km; 1116 m w górę; 1526 m w dół

Marek Stanisławski