Janusz Dziedzic Giewont

Giewont-pierwszy szczyt. 12.07.2016

Urlop rozpoczęty. Przyjeżdżam do Małego Cichego. Tutaj mam nocleg. Następnego dnia wstaję wczesnym rankiem. Plan na dzisiaj Giewont. Po nieudanej próbie z zeszłego roku podejmę następną. Będzie to mój pierwszy szczyt w żuciu. Byłem już wprawdzie na Kasprowym ale kolejką a to nie to samo co wejść o własnych siłach

Ale do rzeczy…

Po zjedzeniu śniadania i przygotowaniu prowiantu wsiadam do auta , kierunek Strążyska. Tu zostawiam samochód, parkingowego jeszcze nie ma, kasa też nieczynna więc wchodzę za darmo. Jest 5:30. Idę Doliną Strążyską w której nikogo jeszcze nie ma. Tylko ja i górska przyroda( i jeden biegacz który przebiegł obok mnie). Idąc przez dolinę napawam się ciszą i szumem potoku. Docieram na polanę. Tu pięknie prezentuje się cel mojej wędrówki.

Zanim udam się w dalszą drogę wstąpię jeszcze na Siklawice. Po 10 minutach jestem przy wodospadzie. Oprócz mnie jest jeszcze sójka która wcina okruchy po turystach.

Po krótkim pobycie wracam na polanę, skąd kieruję się na Przełęcz w Grzybowcu. Idę pod górę kamiennym chodnikiem, nade mną szumią drzewa. Wyprzedzają mnie pierwsi turyści. Zaraz za przełęczą trafiam na przerzedzenie lasu, i pojawiają się pierwsze widoki.

Po krótkim postoju i zrobieniu zdjęć udaję się dalszą drogę. Przyłącza się do mnie wiatr który chwilami jest tak silny że mnie hamuje. W miarę dalszej wędrówki po mojej prawej pojawia się przepaść, na końcu której widać Wielką Polanę Małołącką.

Docieram do skalnej szczerbinki. Dogania mnie dwójka turystów. Puszczam ich przodem żeby zobaczyć jak sobie poradzą. Oboje za szczerbinką siadają na pupach i schodzą na siedząco, więc ja robię to samo

Dalsza wędrówka odbywa się coraz mocniej pod górę, więc konieczne są przerwy na odpoczynek. No i oczywiście  podziwianie widoków.

Po wielkich trudach docieram w końcu na Wyżnią Przełęcz Kondracką. Tutaj dłuższa przerwa na odpoczynek i posiłek. Giewont już nie wygląda tak strasznie jak na dole.

Po nabraniu sił ruszam w dalszą drogę. Docieram do łańcuchów. Przede mną kilka osób w kolejce. Pojawiają się obawy jak ja sobie tu poradzę… Po krótkiej chwili przychodzi moja kolej. Chwytam łańcuch idę, w pewnym momencie czuje jak moje buty zaczynają jechać w dół. Lekki strach ale trzymam mocno łańcuch i nogami ostro w górę. Łańcuchy się kończą. Jeszcze tylko kawałek i jestem na szczycie. Mój pierwszy szczyt zdobyty!!! Czuję niesamowitą euforię.

Na szczycie spędzam 50 minut. Skoro tyle się namęczyłem żeby tu wejść to muszę się tym szczytem nacieszyć. W miarę upływu czasu ludzi przybywa. Tworzy się już kolejka do zejścia. Ustawiam się w niej i znowu zaczynają się łańcuchy. Tym razem jest trudniej niż na wejściu. Znowu pojawia się lekki strach ale schodzę pomału. W końcu łańcuchy się kończą i mogę spokojnie zejść w dół. Żeby droga powrotna nie była nudna schodzę na Kondratową. Po drodze mijam tłumy ludzi podążających w górę. Niektórzy nie mają już siły iść. Wejście tym szlakiem jest zdecydowanie trudniejsze niż tym którym wchodziłem.

Docieram na Kondratową. Tutaj dłuższa przerwa na posiłek.

Dalszy kierunek Kalatówki. Piękna polana ale według mnie ten hotel ją szpeci. Jego architektura nie pasuję do górskiego krajobrazu. Wygląda jak bunkier. Z Kalatówek udaję się do Kuźnic. Po drodze wstępuję do pustelni św. Brata Alberta.

W niewielkiej chatce w której mieszkał znajdują się jego relikwie.

Tyle pamiątek pozostało po człowieku który życie poświęcił ubogim.

Po krótkim pobycie w pustelni udaję się do Kuźnic. Ponieważ zostawiłem auto na Strążyskiej to muszę po niego iść. Najpierw kierunek rondo. Obok hotelu Murowanica skręcam w lewo na Drogę po Reglami. Początkowo przez las, następnie obok skoczni. Następnie obrzeżem lasu. Docieram na parking jest godz. 17. Płacę parkingowemu i kierunek Małe Ciche.

Wieczorem pojawiło się dziwne pieczenie na twarzy i szyi. Staję przed lustrem a moja twarz czerwona od słońca. Ale co tam. Ważne że giewont się udał.

P.S. Wspomniany odcinek Drogi pod Reglami jest obecnie nie aktualny. Od Murowanicy trzeba teraz iść do ronda i skręcić w lewo  w ul. B. Czecha. Szkoda bo przez las chodziło się przyjemniej niż przez miasto

Autor: Janusz Dziedzic