Jesienna wycieczka

Wycieczka przez Karb w trybie zombie, czyli jednodniowy jesienny wypad w Tatry z siostrą (15.10.2017 r.)

Kilkugodzinna wycieczka w góry z gorączką i po dwóch nieprzespanych nocach? Trzeba być na prawdę nieźle stukniętym, albo… na prawdę kochać Tatry i być bardzo zdesperowanym, żeby się w nich znaleźć chociaż na jeden dzień…

Na jednodniową tatrzańską wycieczkę jesienią umawiałyśmy się z siostrą od września. Ciągle coś nie pasowało, najpierw były inne wydatki, później pogoda nie zachęcała do żadnej aktywności górskiej, wreszcie ciężko nam było uzgodnić termin, który nam obu by pasował.

W końcu decyzja zapadła – jedziemy w niedzielę, 15 października. Prognozy były pomyślne, bilety na Polski Bus kupione. Jak to bywa jesienią dzieci przyniosły z przedszkola jakieś przeziębienie – nic takiego, ale od kilku dni walczę z zatkanym nosem, faszeruję się też zwiększonymi dawkami witaminy c. Jej przedawkowanie powoduje kłopoty żołądkowe, które w końcu dają o sobie znać w piątkowy wieczór i skutecznie uniemożliwiają mi sen, jakże potrzebny przed planowaną wyprawą. Sobotę spędzam głównie w łóżku zbierając siły i łykając apap – mam gorączkę i dreszcze.

Moja siostra Marta przyjeżdża wieczorem, na razie nie przyznaję się do mojego podłego samopoczucia, jestem nastawiona na ten wyjazd i tak łatwo z niego nie zrezygnuję. W międzyczasie tabletki zaczynają działać i jest nieco lepiej, liczę też na parę godzin snu w autobusie. Dzieci zostają pod opieką męża, a my o 2.30 ruszamy Polskim Busem w stronę Zakopanego. Całą drogę przesypiam nieprzytomnie na aviomarinie, właściwie trudno nazwać to snem, bardziej przypomina letarg, ale przynajmniej trochę odpoczęłam.

Do Zakopanego przyjeżdżamy jeszcze przed wschodem słońca. Autobusem miejskim podjeżdżamy do ronda i idziemy najpierw do kościoła. Przed 9 startujemy w Kuźnicach na Halę Gąsienicową. Mamy w planach Świnicką Przełęcz lub przejście przez Karb. Świeże, rześkie powietrze powoduje, że trochę się rozbudzamy, idzie się całkiem nieźle. Na Upłazie robimy mały postój na łyk herbatki i batonika.

Na Halę docieramy koło 11. Tu zaliczam poważny kryzys – znowu rośnie mi gorączka, nie chce mi się iść dalej, najchętniej walnęłabym się w trawę i przespała. Widoki są piękne, słoneczko świeci, mam w plecaku nawet poduszkę, prawie słyszę jak mnie woła 😉 Marta ratuje mnie podwójną dawką ibumu i nakłania do dalszej wędrówki. Po dłuższej chwili lek zaczyna działać i jakoś ruszam – choć muszę przyznać, w tempie ślimaczym – w kierunku Zielonego Stawu Gąsienicowego.

W międzyczasie ostatecznie upada pomysł ze Świnicką Przełęczą – wyraźnie widzimy, że leży tam mnóstwo śniegu. Do stawu docieramy szybciej niż się spodziewałyśmy i decydujemy się na postój, a później dalszą drogę na Karb. Stąd to już tylko pół godziny, więc szkoda by było odpuścić.

 

Do góry idziemy w tempie jeszcze bardziej ślimaczym, czuję, że zmęczenie rozpuszcza mi mózg. Mam ochotę ucałować tabliczkę informującą, że znajdujemy się na Przełęczy Karb na wysokości 1853 m n.p.m. Uff, teraz już tylko w dół. Na przełęczy spędzamy dość sporo czasu, czas na jakiś “obiad” złożony z kanapek i sesję fotograficzną.

 

Schodzimy dla odmiany do Czarnego Stawu – szlak jest dość stromy, my padnięte, do tego co chwila wybuchamy śmiechem (taka reakcja na zmęczenie, poza tym – my już tak mamy), więc zejście zajmuje nam więcej czasu niż zakładałyśmy. Przy Czarnym Stawie przyspieszamy, mamy w planach jeszcze ciepłą kolację w Murowańcu, a chcemy zejść przed zmrokiem do Kuźnic, poza tym musimy zdążyć na autobus do Katowic o 19.50 – mamy już bilety.

W Murowańcu jesteśmy przed 16, zamawiamy po misce gorącej zupy i herbacie, ja jeszcze kompot, o którym marzyłam od Zielonego Stawu – myśl o nim utrzymywała mnie przy życiu 😉 Przed 17 zbieramy się w drogę powrotną do Kuźnic – obserwujemy jeszcze akcję TOPR w okolicach Orlej Perci – później czytamy, że to na szczęście nic poważnego – turystka wybrała się w rejon Koziej Przełęczy bez sprzętu zimowego i przerosły ją warunki – zadzwoniła po pomoc. Schodzimy przez Dolinę Jaworzynki – tempo mamy dość dobre, ale ostatnie metry idziemy już prawie w ciemności.

Do centrum zjeżdżamy busem – mamy jeszcze trochę czasu, więc idziemy zaopatrzyć się w oscypki i ulubione piwo “Dzika wiśnia” ze sklepu z alkoholami regionalnymi, kupujemy też coś do picia na drogę. Muszę znowu wziąć swoją porcję tabletek – na gorączkę i przed podróżą, na chorobę lokomocyjną. Mam katar i coraz więcej kaszlę, czuję, że jutro rozłożę się zupełnie, mimo to uważam, że warto było. Na dworcu jesteśmy przed czasem, a i tak o mały włos przegapiłybyśmy nasz autobus – zmylił nas kurs na Berlin, dopiero po chwili doczytałyśmy, że jedzie przez Katowice. Podróż upływa nam sennie, potem już tylko parę minut przez miasto i jesteśmy w domu. Spać, spać, spać..

P.S. Tatrzańskie powietrze ma jednak na mnie zbawienny wpływ. Nie tylko się nie rozchorowałam na dobre, ale następnego dnia obudziłam się zupełnie zdrowa – to góry mnie wyleczyły 🙂

Karolina Mikołajczyk