Karolina Zet – Dziecko w górach

Dziecko w górach

Jak obiecałam wracam z opowieścią  dotyczącą dziecka w górach. Nasza córka urodziła się w marcu 2015 roku. Wyprawy w góry są dla niej tak naturalne jak chodzenie do przedszkola. Mając takich rodziców jest na to skazana. Na szczęście to lubi i np. teraz codziennie prosi o herbatę w termosie, aby było „ jak na górze mamusiu”. Jeździła z nami  jeszcze jak była w brzuszku i temu chciałam poświęcić pierwszą część artykułu.

Piszę na ten temat, bo chciałabym podzielić się naszymi doświadczeniami jak to jest chodzić po górach z maluchem.

Mam nadzieję, że nasze doświadczenia i rozwiązania będą służyć Wam radą, a może i zainspirują.

Pamiętajcie jednak, że każde dziecko jest inne i pojechanie w góry w ciąży lub zabranie malutkiego dziecka na szlak to autorytarna decyzja rodziców. Absolutnie nie zamierzam tu udowadniać, że każda kobieta w ciąży powinna jeździć w góry, albo że 8 miesięczny bobas zimą w schronisku to norma.

Temat jest obszerny, dlatego podzielę go na 3 etapy: w górach w ciąży, dziecko poniżej roku, dziecko do 3 lat.

Kiedy okazało się, że jestem w ciąży (był to lipiec) mieliśmy już zapłacone i zarezerwowane miejsca w Murowańcu na Sylwestra. Jak opadł szok radości i euforii, że powiększy nam się rodzina, przyszła następna myśl – co z wyjazdem na Sylwka? Ekipa gotowa, Tatry czekają, ale jednak dzidziuś najważniejszy. Pierwsza sprawa to oczywiście konsultacja z lekarzem, zarówno w sprawie wakacji w górach, jak i Sylwestra, który miał być dopiero za pół roku. Co do wakacji nie miał przeciwwskazań, Akurat czułam się dobrze i lekarz nie miał przeciwwskazań. Ograniczył tylko mój dozwolony bagaż, także ja niosłam pusty plecak z kilkoma bibelotami, a mój biedny mąż wszystko, jak Ci tragarze w czasie wypraw himalajskich. Sylwestra odłożył w czasie twierdząc, że jest lekarzem, a nie wróżką.

W 3. miesiącu ciąży (sierpień) przeszliśmy całe Tatry od schroniska do schroniska, tak trochę na pożegnanie samotnych, studenckich wypadów (na jakiś czas oczywiście).
Założyliśmy sobie, że będzie to wyjazd spokojny, bez „robienia” wyników i trudnych przejść. Odkryłam wtedy sporo nowych szlaków – bo jak już wiecie z artykułu o zimie, bez śniegu mam małe doświadczenie. Przy okazji przekonałam się, że wakacje to czas niestabilnej pogody – burze, ulewy, zmiany temperatur i do tego dużo ludzi na szlakach. Mogę tu zacytować słynnego Forresta Gumpa, który na filmie opowiada o Wietnamie i mówi, że lało przez miesiąc, poznał wówczas wszystkie rodzaje deszczu, padało nawet od dołu. Tak było wtedy przez te dwa tygodnie. Lało lub padało…
Niemniej jednak wyjazd był super, poznaliśmy wtedy wspaniałych ludzi. Do dziś Karolina jeździ z nami – zimą także J, a jak wiadomo górskie znajomości są najlepsze. Generalnie cały czas czułam się dobrze, ale i tak ma się tę świadomość, że jest we mnie drugie życie i muszę się o nie troszczyć.

Gdy zbliżał się Sylwester poszłam do lekarza z ostatecznym pytaniem czy mogę jechać. Cała ekipa była przygotowana w razie czego, że nas nie będzie. Lekarz uznał, że dzidzia jest rozwinięta, wszystkie narządy ukształtowane, także nie ma przeciwwskazań do wyjazdu. Miałam oczywiście nie dźwigać, uważać na siebie, częściej odpoczywać w czasie marszu i cytuję lekarza: „Proszę podziwiać widoki i się wyspać, bo jak się mała urodzi nie będzie czasu”. Termin miałam na koniec lutego/początek marca, zatem było to początek 8. miesiąca. Spakowaliśmy sprzęt – rozsądnie, bo ja wiadomo pusty plecak z kilkoma ubraniami – i w drogę, bo góry czekają.

Rano stanęliśmy w Kuźnicach przed dylematem – Jaworzynka czy Boczań: osobiście wolę szlak żółty, ale rozsądek podpowiadał niebieski. No to niebieskim do góry – osiągnęłam rekord przejścia: 3 h 05 min. Szliśmy powoli, upajaliśmy się widokami, w pewnym momencie mój mąż został obdarzony moim plecakiem – co by mu było z przodu cieplej…dogonili nas znajomi, którzy wystartowali z Kuźnic godzinę po nas J (swoją drogą znajomi, których poznaliśmy również w Tatrach i których namówiliśmy na zimowy wypad – Pozdrowienia dla Moniki i Przema), ale szczęśliwie dotarliśmy do Murowańca. Zameldowaliśmy się, poczekaliśmy na resztę ekipy – 8 osób – i rozpoczęliśmy naszą kilkudniową eskapadę. Wiedziałam, że dla mnie będzie to raczej wyjazd rekreacyjny, dlatego już pierwszego dnia poszłam do recepcji i wypożyczyłam sobie co lepsze pozycje książkowe. Było to absolutnie 6 niesamowitych dni i co najfajniejsze – cały czas góry dookoła. Moje dni wyglądały trochę inaczej niż reszty ekipy, ale zaczynaliśmy wspólnie. Szykowaliśmy się razem – mąż był mi niezbędny do założenia stuptutów i raków, bo było mi się już ciężko tak schylać. Wyruszaliśmy na wybrany na dany dzień szlak, odprowadzałam ich np. do Czarnego Stawu Gąsienicowego, oni wyruszali w góry, a ja…uzbrojona w czekoladę, termos i książkę siadałam sobie na wybranym kamieniu i siedziałam tak póki było mi względnie ciepło. Zanim doczłapałam się z powrotem do schroniska akurat była pora obiadu. Jak już udało mi się zjeść (z reguły kolejka i sporo ludzi w schronisku) przychodził czas ich powrotu, więc ubierałam się i wychodziłam im na przeciw. Wyzwaniem było złapanie chętnego na włożenie mi raków, ale zawsze się udawało. Przez te kilka dni spenetrowałam dokładnie okolice Czarnego Stawu, 2/3 szlaku na Kasprowy oraz rejon Zielonych Stawów i jakieś 2/3 szlaku na przełęcz Karb od strony Zielonych Stawów właśnie. Poznałam też sporo pracowników TOPR poruszających się w tym rejonie i stacjonujących w Murowańcu, ucinałam sobie pogawędki z turystami spotkanymi w schronisku i na szlakach. Wyjazd naprawdę niezapomniany. Dzidzia i ja zniosłyśmy wszystko świetnie. W moim przypadku okazało się, że ciąża nawet zaawansowana nie jest przeszkodą do pojechania w góry. Narzuciłam sobie rozsądne ograniczenia i wszystko poszło sprawnie.

Jak możecie się domyślać nasze dziecko jeszcze przed przyjściem na świat było skazane na życie małej góroholiczki i póki co tak jest.

Pamiętajcie, że najważniejsze jest zdrowie – i dla mnie też to był priorytet. Część osób może uzna naszą decyzję za szaloną, część będzie nam zazdrościć odwagi i gratulować. Ja nie zamieniłabym na nic tych kilku dni i z pewnością był to powtórzyła.

Tymczasem pozdrowienia dla wszystkich.

Biorę się za kolejną partię – czyli bobas na szlaku.

A na koniec górski tort niespodzianka, która spotkała mnie w Tatrach.

autorka: Karolina Zet

Redakcja: Borys Sier