Moje zimowe Tatry

Ahoj tatroholicy,

Postanowiłam nieco wesprzeć starania naszych adminów i pomóc powiększyć bazę artykułów na stronie. Dodam, że pisanie o Tatrach jest wspaniałym remedium na dolegliwość, która mnie trapi od jakiegoś czasu – tęsknotę za górami.

Kilka słów o mnie, co byście wiedzieli kto i dlaczego tak leje wodę.

Nazywam się Karolina i od jakiegoś czasu kompletnie wpadłam i stałam się istną góroholiczką. Co ciekawe – świadomie w Tatrach pierwszy raz byłam z moim mężem, który stwierdził, że musi mi w końcu pokazać góry przez duże „G”. Akurat wypadło to zimą i właśnie zimowa sceneria najbardziej mi odpowiada. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, jak dokładnie 3 lata temu pierwszy raz na własne oczy widziałam Tatry bez śniegu (w większości – na Zawracie np. wciąż zalegał), bo była to druga połowa czerwca. Oczom moim ukazały się zupełnie inne góry, okazało się, że szlaki też jakoś dziwnie przebiegają.

Tatry kocham bardzo i o każdej porze, ale jednak zimowe warunki to jest to, co króliczki lubią najbardziej.

Kilka lat z rzędu jeździliśmy z mężem na wypady weekendowe – standardowy patent: wsiadaliśmy w piątek wieczorem w autobus, rano Zakopane, na szlak, nocleg na „glebie” w którymś ze schronisk, zejście, niedziela wieczór w busa, rano – witamy w stolicy i prosto do pracy. Ten okres skończył się wraz z przyjściem na świat Wiktorii (o jej przygodzie z górami i o tym, jak nie rezygnować z gór i spania w schroniskach, nawet z bobasem w plecaku napiszę w oddzielnym artykule). Nie minął jednak nasz górski – tatrzański głód i nieustanna potrzeba pojechania w Tatry – chociaż na pół dnia. Każdy urlop to inne góry, ale zawsze wracamy przez Tatry i stwierdzamy, że tu jest nasze miejsce.

Chodzimy raczej rekreacyjnie, głównie zimą, choć mamy zapędy na większą adrenalinę – czas pokaże co nam z tego wyjdzie.

Z górami zimą oswajaliśmy się stopniowo i oswajamy dalej. Co najważniejsze – oboje wolimy zimę i udało nam się przekonać już kilka osób do zimowego „tatrowania”. Może to co napiszę przekona jeszcze kogoś. Nasi znajomi np. bardzo sceptycznie reagowali na pomysł pojechania z nami na Sylwestra do Murowańca. A teraz? Rezerwujemy miejsca już w marcu.

Mój mąż jeździ w Tatry od lat i zimą nie jeździł wcześniej – także dla niego to była zmiana o 180 stopni. Dla mnie Tatry zimą to stan naturalny, bo od tego zaczęłam, a jak nie ma śniegu to jest jakoś tak dziwnie.

Pierwszy raz zimą byliśmy w 2013 roku, wtedy ostrożnie, jeszcze bez sprzętu, głównie do schronisk.
I takie pierwsze wow: bo mniej ludzi, bo przyjemniej jest wejść do ciepłego schroniska, bo trochę większa satysfakcja niż latem dotrzeć gdziekolwiek, bo więcej górołazów, a mniej przypadkowych turystów…Postanowiliśmy więc obkupić się w sprzęt i jazda dalej.

Co do sprzętu: ograniczyliśmy się do raków, dobrych butów, kijków i czekana (choć ten przydaje się zdecydowanie powyżej schronisk). Jako że naszym marzeniem było zdobycie Mont Blanc (i dalej jest) postanowiliśmy kupić lepsze buty i raki półautomatyczne – chyba nie jest to miejsce na reklamowanie marek – sprawdzają się super i pokazało nam to, że dobre buty i raki potrafią zdziałać cuda i dają ogromne poczucie bezpieczeństwa, a to w górach podstawa. Kijki i czekan wiadomo. Hmmm no i strój. Co ciekawe i zarazem niesamowite – cały rok w Tatrach chodzę w tym samym, zwiększając lub zmniejszając ilość warstw. Z mojego doświadczenia wynika, że prędzej człowiek zmarznie jesienią czy latem, jak co chwila zmienia się pogoda, niż zimą, kiedy pogoda jest stabilniejsza i bardziej przewidywalna (nie licząc oczywiście śnieżyc i skrajnego mrozu). Wydawało mi się, że zimą będę zmarznięta i nie wyobrażałam sobie kilku godzin na szlaku. Nic bardziej mylnego.

Planowanie trasy: podstawa to oczywiście sprawdzenie prognozy i zagrożenia lawinowego. Przy 2 stopniu trzeba już bardzo uważać (oczywiście zawsze trzeba uważać!), a przy 3 wychodzenie powyżej schronisk jest lekko mówiąc mało rozsądne. Druga kwestia to długość dnia – 16.00 to deadline, jeśli nie chcemy chodzić po ciemku. Czas marszu diametralnie nam się skraca, co warto wziąć pod uwagę, do tego szybko spada temperatura. Koniecznie trzeba mieć czołówkę. O ile latem przydaje się rzadziej – zimą jest niezbędna. Co do samej trasy – i to jest chyba najpiękniejsze – chodzimy jak chcemy, tak jak nam się wydaje najbezpieczniej (pomijając oczywiście szlaki zamknięte, na których w ogóle nie powinno nas być!). Wspaniała rzecz, bo zawsze niespodzianką jest którędy zajdziemy na Zawrat od Doliny Pięciu Stawów, lub w ogóle jak wydepczą hałdę, żeby dostać się do schroniska. W lato łatwo odnajdziemy szlaki, są oznakowane i poruszanie się poza nimi jest niedozwolone, zimą już nie J. Trzeba też liczyć się z tym, że wybierając się na szlak mniej uczęszczany lub jako pierwsi po opadach śniegu, będziemy musieli torować, co znacznie spowalnia marsz.

Z mojego punktu widzenia zimą jest bezpieczniej, skały są pokryte śniegiem i jakoś tak mniej groźnie to wszystko wygląda – ale to oczywiście moje subiektywne odczucie.

Kontynuując naszą historię – obkupieni w sprzęt wybraliśmy się na 4 dni do Doliny Pięciu Stawów przez Zawrat, 2 dni na miejscu – w planie mieliśmy naukę zjazdu na czekanie i Szpiglas, zejście do Palenicy. To był jeden z lepszych wyjazdów w Tatry jak do tej pory. Cztery dni wspaniałej pogody – zima, mróz, słońce, śladowa ilość chmur i dookoła góry.

Kilka słów dobrej rady: jako, że był to nasz pierwszy taki naprawdę zimowy/schroniskowy wypad plecaki załadowaliśmy jak szaleni – zapasów jakby miało nas odciąć od świata na co najmniej tydzień – do dziś zastanawiam się jak ja to wtargałam na Zawrat od strony Murowańca. Naprawdę nie wiem, chyba tylko siła woli mi na to pozwoliła. Z tymi ciężkimi plecakami weszliśmy na Zawrat, pogoda była wspaniała, bardzo dużo osób tego dnia szło z nami do góry. Chyba to dodawało mi siły i wiary, że jednak uda mi się zdobyć Zawrat – do tej pory słyszałam tylko opowieści jaki to ciężki i niebezpieczny szlak latem, łańcuchy, kilka poważnych i śmiertelnych wypadków. A ja właśnie idę tam, do góry w to miejsce. Do dziś pamiętam pytanie kogoś na górze jak weszłam w końcu z rogalem na twarzy – co? Pierwszy raz zimą na Zawracie? Odpowiadam – nie, pierwszy raz w ogóle. Odpowiedź – no to szacun i super widoki w nagrodę. Istotnie widoki były nieziemskie. Aż nie chciało się iść w dół. To uczucie, wtedy tam, na Zawracie towarzyszy mi zawsze w górach zimą. Poczucie takiej wyjątkowości, jestem tu, gdzie nie każdy tu wejdzie, nie każdemu się chce, takie wrażenie, że zrobiło się coś fajnego, na swój sposób wyjątkowego. Każda nowa trasa pokonana zimą jest moim małym sukcesem i przyjemnością.

Zimowe warunki dają mnóstwo dodatkowych możliwości i doznań – chodzenie po zamarzniętych stawach w każdą możliwą stronę, skracanie szlaków letnich (np. na Szpiglasową Przełęcz), albo…piknik na Niedźwiedziu. To ta górka na wprost schroniska w Dolinie Pięciu Stawów.

Jednego razu wdrapaliśmy się tam, siedzieliśmy sobie między kosodrzewinami dobre parę godzin i obserwowaliśmy góry, ludzi, kurs lawinowy i skiturowy. Nie lada gratka, bo przecież latem nie wolno tam wchodzić.

Ja osobiście uwielbiam to szykowanie się na zimowe wyjście: skarpety, stuptupy, buty, raki…i potem to chrzęszczenie śniegu pod nogami, i ten charakterystyczny zgrzyt raków o śnieg. Rewelacja…bezcenne.

Każdy z nas odkrywa góry na swój sposób, każdy szuka czegoś innego, ale dla mnie właśnie zima jest kwintesencją tego.

Mąż się ze mnie śmieje, że jeżdżę w Tatry w sumie dużo krócej niż on, a tak „wpadłam” oraz, że dzielę góry na Tatry i pozostałe. Odwiedzamy różne góry w Polsce i Europie. Ostatnio Aply Julijskie i Kamnicko- Sawińskie w Słowenii, ale wracając obowiązkowo 2 dni z Tatrach.

Nie mam za sobą super doświadczenia i mam jeszcze bardzo dużo szlaków do zaliczenia, nie uważam się też za eksperta w kwestiach trekkingowych. Kocham Tatry dużo czytam, jesteśmy tak często jak się da. Chętnie zatem podzieliłam się z Wami doświadczeniem zimowym i moim odkrywaniem Tatr.

Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia na szlaku, jako że teraz góry głównie eksplorujemy z naszą niespełna 3 latkom wrócę w kolejnych artykułach z garścią informacji o górach z dzieckiem.

Autorka: Karolina Zet