Nie taki Chłopek straszny

Któregoś pięknego dnia września 2017 roku zdecydowaliśmy z Alicją o wejściu na Mieguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Przed wyjazdem naczytaliśmy się i nasłuchaliśmy oraz naoglądaliśmy jakie to jest straszne wejście i w ogóle, że stromo, lufy i takie tam przeraźliwe cuda. Wszędzie pisali, że tam to tylko hardkory.

Ruszyliśmy wraz z grupą znajomych Karoliną która była 2 raz w życiu na szlakach górskich, Magdą która Tatry już dość dobrze zna, Pawłem który miał szerokie pojęcie teoretyczne ale nie znał w ogóle praktyki chodzenia po górach, oraz dwoma osobami których imion nie pamiętam (przepraszam).  Dzień przed wyjściem zarządziłem, jako ojciec dyrektor wycieczki, że pobudka o 3:30 i ruszamy o 4:00 z pensjonatu. Oczywiście znajomi nie ogarnęli i ruszyliśmy chyba 4:20. Przed 5 rano byliśmy już na szlaku prowadzącym z Palenicy w piekielną autostradą do Morskiego Oka. Nic mnie w ludziach tak nie drażni jak brak szacunku i spóźnialstwo.  Miałem ochotę powiesić te dwie osoby na drzewach, może dlatego nie zapamiętałem ich imion. Ruszyliśmy w ciemnicy i dotarliśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza gdzie ekipa poza mną i Alicją odbijała w stronę Doliny Pięciu Stawów Polskich by wejść dalej na Szpiglasowy Wierch. Pogoda tego dnia zapowiadała się cudownie poza tym, że nad nami wysoko szalał wiatr od strony Słowackiej. No ale Paweł sprawdził pogodę i mówił, że na przełęczy będziemy mieli wiatr 30 km/h. Rozstaliśmy się przy Wodogrzmotach i ruszyliśmy we dwójkę dalej. Szliśmy tą cholerną betonową autostradą i w sumie nie było tak źle bo na szlaku do Morskiego Oka spotkaliśmy tylko jedną osobę. Po drodze mieliśmy chęć zobaczyć wschód słońca jednak było jeszcze zbyt wcześnie. Dotarliśmy nużącym szlakiem do Morskiego Oka i ujrzeliśmy wschód słońca, który objawił się oświetleniem Mieguszowieckich Szytów.

Piękny widok nad stawem 5 osób razem z nami licząc i oświetlone szczyty. Tylko ten coraz mocniejszy wiatr nas dołował. Zaczynaliśmy się zastanawiać czy jest sens iść dalej, bo skoro będzie tak wiało to nie będziemy się pchali w trudny teren. Wypiliśmy herbatę z automatu w schronisku, zjedliśmy po kanapce czy batoniku. Wtedy złapaliśmy klimat gór nawet w schronisku nad Morskim Okiem. Było prawie pusto cicho i wietrznie. Piękny widok na wzburzoną taflę wody i świeżutko oświetlone szczyty słońcem, które dopiero tu dotarło jak świeżo upieczone dla nas i gór. Cóż czas zbierać się dalej, ruszyliśmy w tej cholernej pizgawicy zaczęliśmy obchodzić Moko.

Dalej podchodząc co raz bliżej szlaku na Czarny Staw pod Rysami wiatr zdawał się uspokajać. Zaczęliśmy niczym kozice wskakiwać po kamieniach zmierzając w stronę rozwidlenia szlaku na Rysy i Chłopka. Po drodze widzieliśmy jak słońce zaczyna zalewać już nie tylko szczyty ale i dolinę. Piękny widok jak natura budzi się do życia. Ptaki wysoko w górze śpiewają, drzewa w słońcu i dzięki wiatrowi wydawały się żywe. Niestety byliśmy trochę przestraszeni tym wiatrem, który znów pojawił się i zaczynał co raz mocniej dawać czadu. Nie dawały nam spokoju także opowieści, opisy i filmiki na temat tego, że szlak na który idziemy nie jest taki prosty a wręcz cholernie trudny.

 

Dotarliśmy na Czarny Staw pod Rysami i szybko schowaliśmy się za głazem, który kiedyś pewnie był częścią jakiegoś szczytu lub ściany. O udało nam się schować w totalnej ciszy za tył głazem a wiatr dawał czadu już ostro. “Cholera nie wejdziemy” myślałem. Łyk czegoś dobrego do picia i papieros. Tak owszem palę papierosy i chodzę po górach, jednak każdy niedopałek zabieram ze sobą i nie zostawiam w górach nawet najmniejszego śmiecia. Jam nie „łoś” co śmieci. Chwilka na zastanowienie czy idziemy dalej. Decyzja podjęta. Idziemy!!! Zobaczymy jak będzie pod ścianą Kazalnicy bo przecież wiatr wieje od Słowacji. Ruszyliśmy i wleźliśmy na szlak, co nas zszokowało ludzie zrobili sobie tutaj cholera jasna kibel!!!! Brakowało mi słów na smród i ilość śmieci, które Ci idioci pozostawili po sobie. Nogi z tyłków bym powyrywał. No ale trzy wdechy i lecimy dalej.

Dochodzimy w teren, który w około nas jest stromy i wiatr daje spokój, szaleje za szczytem. Całe szczęście możemy podziwiać Tatry w spokoju i ciszy. Za nami 3 osoby przed nami z 5. Oddajemy się górom w całości, milczy telefon, dusza pływa w głębokim krystalicznoczystym oceanie, rozum nie ogarnia tego piękna, które widzi a serce go goni i chyba dlatego bije jak szalone. A może jednak to zmęczenie, które nie dociera do organizmu bo znalazł swoją krainę mlekiem i miodem płynącą, swoją Utopię.

Tak podziwiając surowość Tatr wśród widoków na doliny, inne szczyty i surowe skały docieramy do Kazalnicy po drodze mijając te miejsca, które na zdjęciach, filmach i w opisach miały być takie straszne, a my w euforii nawet nie zauważyliśmy tych trudności. Po prostu szliśmy do przodu zanurzeni w tym wszystkim co góry dla nas mają.  Kilka albo kilkanaście fotek i ruszamy dalej teren trochę bardziej wypłaszczony i widzimy nitkę szlaku aż do skał. Z szerokimi uśmiechami, które nie znikają w górach ani na chwilę, ruszamy dalej. Widać, że jest przed nami jednak trochę więcej ludzi, jednak inni ruszyli ze schroniska lub dużo wcześniej przed nami. Po chwili dowiadujemy czemu Kocioł Kazalnicy nosi taką a nie inną nazwę. Zaczęło znów cholernie wiać, chwilami podmuchy wiatru zmuszały nas do przykucnięcia i złapania się skał. Jak bym wziął Alicje na sznurek a ona rozpostarła kurkę i ręce szeroko to może bym miał latawiec.

Ruszamy dalej i wchodzimy w skały, tutaj mijają już nas pierwsi schodzący ludzie, witamy się serdecznie i pytamy jak tam na przełęczy. W odpowiedzi słyszymy, że weszli zrobili zdjęcia i uciekli bo nie da się wytrzymać, tak wieje. Niespecjalnie przestraszenie ruszamy dalej. Idziemy a raczej rozpoczynamy elementy wspinaczki w skałkach w stronę przełęczy, już tylko kawałek. Hińczowa Turnia napina się i pokazuje jaka jest piękna, jeży się i pokazuje swoją potęgę. Ostatni odcinek szlaku przed nami, skałki za które chwytamy dłońmi czasem zostają nam w rękach. Na ten szlak jak najbardziej polecam kask, możecie uważać, że to bez sensu, że będzie się głupio wyglądać ale to wasze bezpieczeństwo. Chyba lepiej nawet źle wyglądać niż dostać odłamkiem skalnym, który spenetruje czeluść naszej czaszki. Dostajemy się na szczyt, w tym momencie w mojej głowie pojawia się pytanie „gdzie te straszliwe elementy szlaku na, które tak czekałem i których się bałem?”. No ale nie ważne. JESTEŚMY!!! Wiatr urywa nam głowy, chwilami przewraca na skałę, którą mamy za plecami. Podziwiamy majestatyczne widoki, które na nas czekały. Jak okazuje się moje zmartwienia po drodze były bezsensowne, widziałem chmury na szczycie i bałem się, że nic nie zobaczymy a tu słońce. To tylko dowodzi, że pogoda w górach jest zmienna i zmienna wraz z miejscem. Jak to mówią „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”.

Prognozy Pawła się nie sprawdziły, wiatr wiał z prędkością ponad 80 km/h. Przed nami Słowacka i Polska strona Tatr. Jest pięknie, jak w bajce. Dusza śpiewa, serce wyrywa się do życia, oczy się pocą nawet w tym straszliwym wietrze, a ciało regeneruje się w ułamku sekundy. Rozglądamy się Hińczową Turnia oraz Mieguszowiecki Szczyt. Kusi żeby się ruszyć w stronę Miegusza ale rozum bierze górę, za mocno wieje. Z rozpaczą słyszę, że chyba musimy schodzić bo strasznie wieje. Nie daje się i znajduje zejście za skałę na, którą przed chwilą rzucał nas wiatr. Schodzimy od drugiej strony i okazuje się, że idealnie mieszczą się dwie osoby a co lepsze wiatr nas nie dosięga. To tak jak by podczas burzy znaleźć bezpieczne schronienie, jak by góry pozwoliły nam na chwilę zjednoczyć się z nimi i ukochać je.

Siedzę i nie myślę, nie zastanawiam się. Jestem. Po prostu jestem  i czuje. Ja i góry. Nic innego. Zjadamy drugie śniadanie, nawadniamy organizmy i ja spalam szczytowego papierosa. Ludzie którzy w międzyczasie wchodzą na przełęcz zazdroszczą nam miejsca ale niestety jeśli byśmy zrobili miejsce dla innych to było by raz, że ciasno dwa, że niebezpiecznie bo przed nami przepaść. No nic czas ruszać, wstajemy i zaczynamy schodzić. Po drodze dowiadujemy się, że nasza ekipa osiągnęła szczyt i też już schodzą do Morskiego Oka gdzie mamy się spotkać. Witamy ludzi wchodzących i podnosimy tych zmęczonych i zrezygnowanych na duchu. Dajemy im dobrego kopniaka w górę.

Tym samym szlakiem docieramy do Morskiego Oka po drodze robiąc przystanek na Czarnym Stawie pod Rysami i spotykamy się w przepełnionym schronisku z naszą ekipą. Słyszę od Pawła, że byli na Szpiglasie i na Wrotach Chałubińskiego. Zgarniam cześć ekipy i zaczynamy schodzić bo drażni nas pijany tłum Morskookowiczków. Po drodze dowiaduję się, że szczytów nie osiągnęli, dotarli na Szpiglasową Przełęcz i podeszli kawałek pod Wrota Chałubińskiego. Schodzimy do samochodu i jedziemy na przepyszny obiad do Rąbanicy.

Sam osobiście czuję niedosyt wejścia na Chłopka, chcę tam jak najszybciej wrócić.

To wycieczka z morałem, a morał jest taki i nie wszystkim znany. “Nie ufajcie ludziom nieznanym, bo możecie zostać okłamani, a wasze marzenia i szczyty będą musiały poczekać.” Jest tez drugi morał, nie przez wszystkich uznawany. “Nie taki diabeł straszny jak go malują.”

Uważajcie na siebie w górach, łamcie swoje lęki i bariery ale róbcie to z głową na karku, a do głowy wlejcie jak najwięcej dobrego oleju.

W bonusie filmik ze szczytu.



Ahoj!!! Tyle samo zejść co wejść

Borys Sier