Pierwsze świadome góry

Dawno dawno temu, za górami za lasami, a w zasadzie nad pięknym i ciepłym polskim morzem, a w zasadzie brudnym i umiarkowanie zimnym zrodził się bodajże we wtorek pomysł aby w piątek wyjechać w Tatry na kilka dni. Na początku mocno sceptycznie nastawiony do pomysłu zapierałem się rękami i nogami jednak po wielu próbach przekonywania mnie siłą, dobrocią oraz próbami korupcyjnymi uległem. Zorganizowałem na szybko urlop oraz nawet dobry nocleg za niedużą cenę. W piątek o 22 siedziałem w samochodzie czekałem na „K”, ruszyliśmy i po 7 godzinach byliśmy w Poroninie. Jednak okazało się ze godzina 5 rano to za szybko na zakwaterowanie wiec postanowiliśmy nie iść prosto z trasy na szlak bo przecież ja w górach byłem ostatni raz jak miałem 11 lat i wtedy wszedłem na Morskie Oko wciągając za sobą rodzinkę i odciągając ich od przejażdżki wozem katów. W każdym razie pierwszego dnia chwilę po 5 rano wylądowaliśmy na Krupówkach, och tak… w życiu nie widziałem tak pustych Krupówek, poza dostawczakami byliśmy my i kilku miejscowych wkurzonych właścicieli karczm czy sklepików. O 7 zadzwoniła do nas właścicielka pensjonatu i pojechaliśmy się zameldować. Powiedziałem sobie „cholera nie przyjechałem tutaj żeby siedzieć na dupie” razem z „K” zdecydowaliśmy, że dajemy sobie po 30 min na gorącą kąpiel i ruszamy na jakiś prosty szlak.

Tak też się stało, chwilę po godzinie 8 jechaliśmy już na szlak na Rusinową Polanę i Gęsią Szyję.Późno dotarliśmy na parking ale udało się zaparkować. Tak oto ruszyłem na swój pierwszy szlak, ubrany w „super” buty Salomona (które wyrzuciłem do śmieci a zamieniłem na najtańsze hitec, które było miliard razy lepsze), dresy (tak takie zwykłe dresy, nie, nie takie szeleszczące), zwykłą koszulkę, dresową bluzę z kapturem i zwykłym, że tak powiem „tornistrem” bo z plecakiem turystycznym nie miało to nic wspólnego. Ot wstał z kanapy przyjechał w Tatry i lezie kozioł, a raczej baran. Pierwsze co mnie urzekło w Tatrach to potężne, grube, proste jak strzała i wysokie na maksa drzewa. Szedłem powoli w cholernym upale i patrzyłem na tą piękną roślinność, zachwycałem się malutkimi potoczkami i czystością ich wody. Teraz z perspektywy czasu jak na to patrzę zauważam, że zaczynałem się już powoli zakochiwać w tym miejscu. Tatry przyjęły mnie z otwartymi ramionami i pozwoliły mi na podziwianie swojej krainy zatrzymanej w czasie.

Tak oto nie przedłużając dotarliśmy na Wiktorówki, gdzie pierwszy raz od wielu lat pomodliłem się w kościele. Jestem wierzący ale nie w kościół, jednak ten na Wiktorówkach opętał mnie swoją magią. Popędziliśmy dalej, chciałem w końcu zobaczyć „te cholerne” Tatry. Po drodze tuż przed samą Rusinową Polaną płynie potoczek do, którego ludzka ręka dorobiła rynnę. Było mi strasznie gorąco wiec postanowiłem zdjąć plecak i na klęczkach wejść pod rynnę ochłodzić się, nie spodziewałem się, że woda będzie tak zimna. Wytrzymałem zimno i zauważyłem, że taka kąpiel spowodowała regenerację moich sił. Mokry ale z uśmiechem dookoła głowy ruszyłem dalej wraz z „K”.

W momencie kiedy wyszliśmy na Rusinową Polanę zaniemówiłem, bez słowa poszliśmy tam gdzie ludzi prawie nie było. Bez rozmów, bez pytań i czegokolwiek siedliśmy na kamieniu, a w sumie to siadłem nie zwracałem uwagi na „K” patrzyłem się na ten bajeczny widok. Siedziałem z szerokim uśmiechem i gapiłem się jak szpak w (wiecie co) .

Po jakiś 30 minutach zostałem obudzony przez „K” z tego zajebistego stanu w jakim się znajdowałem. Pierwsze co powiedziałem to „idziemy dalej” i roześmialiśmy się jak małe dzieci. Ruszyliśmy dalej, w pierwszej chwili patrząc na ilość schodów myślałem, że nie dam rady i zdechnę w połowie drogi ale wtedy usłyszałem, że nie widać całego szlaku. Ja głupi jak mogłem pomyśleć inaczej. Zagryzłem zęby, wziąłem dupę w troki i ruszyłem w górę, „K” z przodu. Zasapany jak bym właził na Everest. Cholera w sumie to był mój pierwszy Everest. W palącym słońcu, spoconych ciuchach ale z uśmiechem na mokrej od potu twarzy lazłem za „K”. Doszliśmy do pierwszego cienia, „o bożę, ja pier$#%@, to nie koniec”. Siadłem w cieniu wyplułem płuca, zreanimowałem i połknąłem je znów. Lecimy dalej. Stopień za stopniem, staram się rozglądać i podziwiać to wszystko co mnie otacza. Zacząłem wtedy odczuwać to uczucie, które zawsze czuje w górach, rodziło się wtedy we mnie, uczyłem się tego „ja, góry i ta chwila, nic i nikt więcej”. Nie było niczego poza mną i górami, uczyłem się swojego organizmu, swojej wytrzymałości i tego jak korzystać z sił. Przecież jeszcze kilka dni temu byłem leniem kanapowym, no dobra jeździłem na rowerze i jakieś tam sporciki uprawiałem.

Wlazłem, pierwszy raz zobaczyłem Tatrzańską skałę, pierwszy raz jej dotknąłem i poczułem. Znów odjechałem, siadłem, skała wbijała mi się w dupsko ale nie czułem tego. Siedziałem i podziwiałem. Czułem, że chce więcej. Po kolejnej godzinie zostałem drastycznie zbudzony i dopiero zaczęliśmy rozmawiać.

Pamiętam, że chciałem wiedzieć czy wracamy tą samą drogą, gdzie jutro idziemy i czy tam jest wyżej, czy jest trudniej, czy jest dłużej i o której ruszamy. Zeszliśmy do samochodu i wróciliśmy do pensjonatu. Zjedliśmy kolację i wtedy dorwałem się do zdjęć. O właśnie, z pierwszego dnia zrobiłem około 300 zdjęć. Pomyślałem „no debil”. Każde z nich było inne, każde oddawało góry chociaż troszeczkę inaczej. Jedno na co „K” zwróciła mi uwagę to moja śmiejąca się mordka na każdym zdjęciu na jakim jestem i rzeczywiście, nie pamiętam kiedy miałem taki uśmiech na twarzy. To wtedy wpadłem po same uszy. Pół nocy nie spałem niecierpliwiąc się i ciesząc na następne wyjście w Tatry. Następnego dnia po przespaniu może godziny zjedliśmy śniadanie i zdecydowaliśmy się na Kasprowy Wierch. „K” zdecydowała (to ona przecież była już w górach kilka razy), że ruszamy z Kuźnic szlakiem przez Boczań na Hale Gąsienicową i dalej dopiero na Kasprowy. Byłem zły jak cholera, chciałem iść od razu na Kasprowy a nie na jakąś Hale Gąsienicową.

Ruszyliśmy słońce grzało jak palnik, dotarliśmy na Hale i zobaczyłem to… pierwszy raz w życiu poryczałem się z powodu piękna, które zobaczyłem. Te wszystkie kolory, góry i to całe piękno. Miałem okulary i cieszyłem się, że „K” nie widzi jak łzy mi same lecą.

Zjedliśmy w schronisku pyszną szarlotkę popiliśmy piwem i ruszyliśmy na Kasprowy. Pamiętam to cholerne słońce i dłużący się szlak. Jednak gdy stanąłem na Kasprowym zobaczyłem boski świat. Nie widziałem kolejki i ludzi, którzy nią przyjechali, zniknęło zmęczenie i wszystko co mnie po drodze drażniło. Patrzyłem na piękno tej krainy zatrzymanej w czasie, na ludzi w oddali wyglądających jak mróweczki na tle potężnych i majestatycznych gór. Patrzyłem na Świnicę (wtedy wcale nie wiedząc, że to Świnica) i mówiłem „„K” a może tam jeszcze pójdziemy?” Usłyszałem „Borys to za trudne ja na pierwszy raz w Tatrach przy Twojej kondycji i paleniu papierosów”. Prosiłem błagałem ale była nieugięta.

Po długim czasie spęczonym na podziwianiu piękna i jej opowieściach gdzie co jest ruszyliśmy w dół szlakiem po drugiej stronie. To znów był pomysł „K” to ona mnie nauczyła, że najlepiej wejść jednym szlakiem a zejść drugim. „zawsze masz inne widoki i zobaczysz coś innego, nie wracasz tą samą drogą”. Znów po wylądowaniu w pensjonacie dorwałem się do setek zdjęć, które zrobiłem i znów widziałem ten szczery, prawdziwy, pełen miłości, energiczny Borysowy uśmiech. Tak szczery i prawdziwy jak uśmiech dziecka. Następne dni upływały na zdobywaniu kolejnych szczytów. „K” była zdziwiona tym, że to ja zostałem wyciągnięty praktycznie na siłę te „cholerne góry”, a teraz to ja parłem do przodu nie patrząc na zmęczenie czy pot płynący po tyłku i ją ciągnąłem za sobą. Po kilku dniach trzeba było się zebrać z gór i to było najgorsze. W życiu nie było mi się tak ciężko rozstać z jakimkolwiek miejscem. Widziałem góry we wstecznym i bocznych lusterkach samochodu, jedną ręką prowadziłem a drugą przy użyciu rękawa wycierałem pot, który wypływał mi z oczu. Już teraz nie wstydziłem się uczucia miłości do Gór. Po powrocie było mi bardzo ciężko odnaleźć się w pomorskim świecie, ale jakoś się udało. Góry wchłonęły mnie na dobre i przyjęły jak swojego. Do dziś pierwszego dnia w Tatrach zawsze ruszam na Rusinową Polanę i Gęsią szyję. Za każdym razem, nawet w zimie odwiedzam potok i piję wodę z wypływającej rynny oraz pochylam głowę aby mogła mnie zregenerować swoją mocą.

Z podziękowaniami dla „K” za danie mi najpiękniejszej miłości, miłości do gór.
Borys Sier