Spóźnione Czerwone Wierchy

Czerwone Wierchy, zawsze odkładałem bo daleko bo długo i zawsze myślałem, że to górki z kiepskimi widokami. JAK JA STRASZNIE SIĘ MYLIŁEM.

A wiec ruszyliśmy z ekipą poznaną przez internety, był Paweł, Marta, Karolina i se mła J. Spotkaliśmy się na parkingu z Pawłem i Karoliną już byliśmy w paru innych miejscach a Marta świetnie wpasowała się w nasze towarzystwo. Ruszyliśmy Doliną Kościeliską z Kir z samego rańca. Pusto na szlaku i przywitało nas piękne wschodzące słońce. To jest to co lubię super pogoda na jak się później okazało bajeczny szlak. Pisząc to mam łzy w oczach. Skręciliśmy przed mostkiem w lewo i zaraz później przez mostek w prawo. Tutaj już zaczęło mi się podobać bo zobaczyłem skałki. Uważam, że skały u podnóża góry to serce tej góry i możecie sobie gadać co chcecie ale mnie to jara. No ale hop i przechodzimy przez skałkę lecimy po szlaku skałkowo gruntowym wśród drzew. Po prawej widzę Stoły i Halę Stoły odwiedzoną w zeszłym roku gdzie na szlaku spotkaliśmy tylko cztery osoby, patrzę na nią z sentymentem. Słońce przebija się przez drzewa a z ziemi paruje woda po wczorajszym deszczu. Szkoda że mój aparat nie potrafił złapać tego ujęcia jak słońce niczym laser świeci po tej mgiełce. Idziemy dalej  i na chwilę wychodzimy na słońce wali nas prosto w twarz zamykam oczy i cieszę się, że jestem tu i teraz. Idziemy w ciszy każdy z nas łapie chwile, każdy rozumie drugiego i mimo iż krótko się znamy pozwalamy sobie nawzajem zostać sam na sam z górami.  Znów wchodzimy w las i jest zimniej. Myślę sobie „cholera ale będzie parówa dzisiaj” Dodam, że wystartowałem w adidaskach a jak ktoś uważa, że to nie odpowiednie buty na ten szlak to serdecznie zapraszam do rozmowy twarzą w twarz.

fot. Borys Sierżant

Wiec mkniemy lasem i wychodzimy na Polanę Upłaz. Przypominam sobie z książki Remigiusza Mroza, że to tu znaleziono ciało zabitego uchodźca. Znów myśli w mojej głowie „Remigiusz musi chodzić po górach bo dokładnie tak sobie wyobrażałem tę polanę, może go kiedyś spotkam”. Ruszamy dalej w słońcu już czujemy gorąc i wszyscy rozbieramy się do koszulek. Dalej wchodzimy znów w las, lekko spoceni i decydujemy, że czas na śniadanie. Marta troszkę zostaje w tyle wiec jemy spokojnie śniadanie i podziwiamy Halę Stołu i skalistą górę Stoły. W głowie pojawi mi się marzenie aby kiedy wspinać się w takich skałach. Jeszcze nie widzę tego i nie wyobrażam sobie, że to już tak za niedługo się stanie. Marta nas dogania i sama potrzebuje odpoczynku. Rozmawiamy śmiejemy się i jest wesoło, mijają nas inni ludzie, z którymi witamy się jak ze starymi znajomymi z szerokim uśmiechem na twarzy. To jest magia gór,  w żadnym innym miejscu ludzie nie witają się z nieznajomymi w tak serdeczny sposób. Jeszcze chwila odpoczynku, fajeczka i jak to mówi reszta „Borys po fajce odpali rakietę i będziemy go gonić”. Tak pale fajki i chodzę po górach, ale nie zostawiam w górach nawet najmniejszego śmiecia i żar z fajek dogaszam i pięć razy sprawdzam. Ruszamy tym razem kawałek po skałkach wśród drzew w cieniu a później po płaskiej leśnej ścieżce. Docieramy na Piec i od razu rozumiem dlaczego Piec jest piecem. Mimo iż jest jeszcze przed południem to słońce już grzeje jak w grzałka w piecu i będzie grzało cały dzień w tym miejscu, bo jest totalnie odsłonięte od wschodu aż prawie po zachód. Myślę że wchodząc na samą górę skały możemy obserwować wędrówkę słońca od samego wchodu do zachodu. Małą chwila postoju i podziwianie pięknych widoków na Tatry Zachodnie i widok na nasz pierwszy dzisiejszy cel Ciemniak.  Po chwili oddechu i parudziesięciu fotkach ruszamy dalej. W tym momencie mój dzisiejszy plecak zaczyna mi ciążyć bardziej niż zwykle. W głowie pojawia mi się to co ostatnio czytałem o noszeniu plecaka. Luzuje paski na ramionach i poprawnie zapinam pas biodrowy i pas piersiowy. „choooooolera ktoś mi wyjął ¾ rzeczy z plecaka czy co?” „jaka ulga” Serio polecam prawidłowo nosić plecak. Do używania kijków przy noszeniu ciężkiego plecaka przekonam się dopiero w styczniu 2018.  Lecimy drewnianymi schodami w gorę, „komu się chciało je tutaj budować, szacun”  wychodzimy na ubitą ścieżkę i teraz już wyraźnie widzimy nasz szlak w górę na Ciemniak, słońce pali w twarz, ręce, we wszystko.

fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant

Jak dobrze, że mam okulary przeciwsłoneczne. Marzy mi się potoczek górski albo chociaż jakieś źródełko. Zatrzymujemy się wyciągam mapę „JEST” za kawałek powinniśmy mieć mini potoczek. W prażącym słońcu i w chwilach cienia docieramy do potoczka gdzie spotykamy kilka osób, Marta dalej delikatnie z tyłu ale dalej ja widzimy.

fot. Borys Sierżant

Potoczek a w zasadzie źródełko ledwo wypływa ze skały, niektórzy próbują napełnić butelki wodą aby się nią obrać co im słabo idzie, ja przypominam sobie że mam w plecaku arafatkę. Zbawienne, wyciągam ją i moczę w wodzie i zarzucam na kark i szyję. Nieźle nasiąknęła wodą co powoduje, że woda spływa mi po całym ciele. Błogie zimno, jest chyba z 30 stopni na plusie i to tego pełne słońce. Karolinie spadają okulary, podnoszę je i zakładam dla jaj. Po ich założeniu już wiem czemu Karolina jest bardziej uhahana niż reszta, widać przez nie w totalnie innym odcieniu i wszystko jest bardziej „różowe” śmiejemy się z tego wraz z wszystkimi napotkanymi ludźmi. Żegnamy się z resztą i życzymy miłego dnia.  Marta znów z nami i idziemy razem. Prażącą ścieżką docieramy na Chudą Przełączkę i tutaj gubię gacie, szczęka mi opada a łzy stają w oczach. Jaki ja byłem głupi mówiąc, że na Czerwonych Wierchach są słabe widoki.

fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant

Stoję zamurowany, reszta ekipy dociera do mnie i bez słowa po prostu się gapi. „o fu#@ wooow, pięknie”. Po dłuższej chwili i dojściu do siebie ruszamy w górę na Ciemniak z prawej strony nad Słowacją w oddali widzimy burzowe chmury.

fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant

Po wejściu szerokim i dość stromym szlakiem docieramy na Ciemniak. Pierwszy cel na dziś osiągnięty. Ja siadam i delektuję się chwilą, zatracam się i znikam. Reszta w tym czasie debatowała czy iść dalej czy zawrócić tą samą drogą czego ja w ogóle nie brałem pod uwagę. Budzę się z tego pięknego snu na jawi podchodzę do reszty i dowiaduję się, o tym, że Paweł chce sam zawrócić. Ok jego decyzja ja chce iść dalej. W tej chwili na Ciemniak od strony Krzesanicy dociera para młoda ona w sukni on w garniturze, szybko wiążemy ze sobą swoje bluzy i robimy im bramę na 2096 m n.p.m. Wódki nie mają, z resztą nie chcemy dostajemy po buziaku od Panny młodej, uścisk dłoń od Pana młodego, robimy sobie z nimi zdjęcie i życzymy wszystkiego na nowym szlaku życia. Ruszamy na Krzesanice, Paweł wraca do Doliny Kościeliskiej. Przestraszył się burzy i ekspozycji, którą tylko on widział. No ale cóż sam zdecydował a na siłę nikogo ciągnąc za sobą nie będziemy. Pniemy się dalej w górę teraz Marta już dotrzymuje nam kroku. Dochodzimy na Krzesanicę i otwierają się przed nami kolejne bajeczne widoki. Oraz stosy kamieni ułożone po to aby tu jeszcze kiedyś wrócić.

fot. Borys Sierżant

Z radością układamy własny kopiec i oddajemy się cudownemu pochłanianiu piękna gór.  No nic burza co raz bliżej od czasu do czasu walnie z nieba gromem, nasz gromowładny. Ruszamy dalej w stronę Małołączniaka, widoki bajka tutaj już nie ma ciszy, wszyscy tak się cieszymy z pięknych widoków i super szlaku, że nie potrafimy dusić w sobie tej radości i zaczyna nam odbijać.

fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant

Tuż przed Małołączniakiem łapie nas burza, „a ja w adidaskach” o i wiem czego zapomniałem …. Kurtki… genialnie, ale co tam po burzy zawsze przychodzi słońce. Ostatnie podejście w strugach deszczu, który zamienia się w centymetrowy grad. To nawet boli oberwać taką rozpędzoną centymetrową kulką lodu. W butach chlupie i chyba pływają dorsze z mojej Zatoki Gdańskiej.

fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant

Burza jak szybko przyszła tak szybko poszła, nie zdążyliśmy nawet wejść na Małołączniak jak słońce znów zaczyna grzać. Na szczycie otwiera nam się widok z pierwszej ręki na Kasprowy, Giewont i w oddali Tatry Wysokie. Decyzja pada na szlak w dół, nie lecimy na Kopę ani na Giewont. Mijamy kilku ludzi, którzy są zapewne kanapowymi specjalistami od himalaizmu i zdobywania szczytów, którzy komentują moje buty. Na co otrzymują mój uśmiech i pastafariańskie pozdrowienie postaci wytkniętego języka oraz słowa, że moje buty to kupa nie waszych interesów.  Lecimy w dół, już zmęczeni, słońce dalej pali. Po drodze znajdujemy zbudowane przez kogoś ścianki jak by igloo tylko, że z kamieni.

fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant

Przysiadamy na chwilę patrząc na nasze piękne Tatry i wcinamy kabanosy. Dalej przeskakujemy i schodzimy już w skalisty teren, co mi się bardziej podoba niż łażenie po ubitych ścieżkach. Jak już nie ma widoków to wole mieć wokoło skalisty teren niż las. Dziewczyny łapią trzy miliardy wspólnych tematów do obgadania i słyszę za sobą tratatatatatata bla bla bla bla bla bla i bla wiec przyspieszam, nie łapie tematów wiec zostawiam je same sobie a sam gnam do przodu i łapie kolejną chwilę ciszy i spokoju. Słońce zmierza powoli ku zachodowi i pali prosto w nas, jesteśmy osłonięci od wiatru z każdej możliwej strony wiec nielubiany przeze mnie las stanie się czymś przyjemnym ale to jeszcze kawałek. Dochodzę do łańcuchów i tutaj stwierdzam, że poczekam na dziewczyny bo nie wiem jak zareagują na łańcuchy.

fot. Borys Sierżant

Ruszamy razem po łańcuchach pomagając przy okazji dobrymi radami dwóm starszym panom. Patrzę w dół, a w głowie mam „szkoda, że to już koniec tego pięknego szlaku, muszę tu wrócić” widzimy ostatnie zakosy w dół po kamieniach wśród skał i zwałowisk skalnych. Kamienie aż grzeją no i w końcu dochodzimy do lasu. Tutaj dziewczyną skończyły się miliardy tematów wiec idąc nudnym szlakiem leśnym wpadamy na pomysł gry w skojarzenia i tak badając swoja psychikę jak to komu zwyczajne rzeczy mogą się kojarzyć z czymś dziwnym co w życiu nie wpadło by nam do głowy, schodzimy do Przysłopu Miętusiego gdzie miał podobno na nas czekać Paweł.

fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant

Nie ma go wiec dzwonimy i ruszamy kamienistą ścieżką  w dół, ostatnie spojrzenie w stronę Małołączniaka i na dziś już gór jednak wystarczy. Zrobiliśmy kawał dobrego szlaku. Moje oczy, dusza i umysł są nasycone a nogi… ej… no bolą ale jakoś tego nie czułem wcześniej. Spotykamy Pawła i dalej grając w grę skojarzeń schodzimy do Doliny Kościeliskiej.

Jaki morał z tej wycieczki? Nie zawsze musisz iść hardkorowym szlakiem aby mieć piękne widoki.

Ahoj!!! I butelkę rumu!!! Do zobaczenia na szlaku

Borys Sierżant