Tak prosto a jednak trudno

Pewnego styczniowego pochmurnego poranka, z Alicją zdecydowaliśmy się wejść przez Hale Gąsienicową na Kasprowy Wierch. Niby nic się nie zapowiadało ale nasza droga powrotna przeszła najśmielsze oczekiwania.

Tego roku trafiłem znów w Tatry w Styczniu, spodziewałem się tak jak rok temu pięknej zimy i temperatur -20 i niższych. Jednak góry nas zaskoczyły, w dolinach temperatura na lekkim plusie no chwilami delikatny minus. W wyższych partiach gór jak to zwykle bywa minus, ale nie jakiś przesadnie wielki.

fot. Borys Sierżant

Ruszyliśmy wcześnie rano z Kuźnic szlakiem przez Boczań do Murowańca. W mojej głowie cały czas zderzały się elektrony odpowiedzialne za adrenalinę, brakowało mi ostrego ciężkiego przejścia, byłem nienasycony górami a nasz pobyt w górach powoli zbliżał się do końca. Szliśmy tak w gęstej chmurze, po drodze wcinając kabanosy na śniadanie. Świat w chmurze zdaje się inny, będąc w gęstej chmurze wszystko wydaje się spokojniejsze, bardziej stonowane. Cisza która była wtedy na szlaku to dla mnie coś kojącego, brak widoków i tylko chmura. Niektórzy mogli by powiedzieć „cholerna chmura” a ja się cieszyłem.

fot. Borys Sierżant

Otaczała mnie niebiańska rosa, która zniżyła się specjalnie dla nas. Idąc tak w górę i nie widząc widoków, przestałem się rozglądać by po chwili podnieść głowę i pierwszy raz w życiu zobaczyć zjawisko inwersji.

fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant

Tuż przed Przełęczą Między Kopami znaleźliśmy się nad chmurami, niczym wyspy wystawały z nich góry a nad nimi znów były chmury. Pierwszy raz w życiu tak podobał mi się Giewont. Wyglądał jak dwa osobne szczyty, niczym skaliste wyspy z innego świata. Doszliśmy na Halę Gąsienicową i jak by na nasze przywitanie chmury zeszły niżej a następne były hen hen wysoko. Piękny widok na Wysokie Tatry, jak by tego było mało to słońcu udało się znaleźć dziurę w chmurach. Uśmiechnięci i już bardzo zadowoleni z tego wyjścia dotarliśmy do schroniska Murowaniec. Gdzie zastał nas gwar grup osób, które przyjechały tu na kursy zimowej turystyki górskiej. My zdążyliśmy dotrzeć już tutaj a oni dopiero zbierali się do wyjścia, ale o tym co sadze o tych kursach to może innym razem. Weszliśmy do schroniska, zamówiliśmy jajecznice, warzywa i herbatę. Nagle za oknami, niczym z hollywoodzkiego horroru całe schronisko otoczyła gęsta, biała chmura. Słońce już nie przebijało się tak mocno i tylko rozświetlało chmurę. Po śniadaniu ruszyliśmy mimo wszystko w stronę Kasprowego, miałem cichą nadzieje, że znów wejdziemy nad chmury a te dwa elektrony rządne adrenaliny dalej waliły w mojej głowie.

fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant

Szliśmy tak w chmurze, widząc tylko zarysy ludzi, którzy rozpoczynali na jakimś małym zboczu kurs hamowania czekanem czy chodzenia w rakach… Po dotarciu do wyciągu narciarskiego, założyliśmy raki i zapytaliśmy jadących do góre narciarzy „jak pogoda na górze”, usłyszeliśmy, że jest dobrze. Narciarze i górołazi to jednak inni ludzie. Co znaczy „jest dobrze”. Z nadzieją szliśmy do góry i co chwilę mieliśmy widoki między chmurami, a to na Orlą Perć, a to na Kasprowy, na Halę Gąsienicową i tak do samej góry. W momencie kiedy dotarliśmy na wysokość stacji kolejki linowej, nie widzieliśmy tego „jest dobrze” wszędzie dookoła chmury i chmury a my w nich głęboko.

fot. Borys Sierżant

Po chwili przerwy pokonaliśmy ostatnie podejście, w zimę ten szlak zamienia się w całkiem stromy. Po wejściu na szczyt jak by za naciśnięciem jakiegoś magicznego guzika chmury zeszły niżej i to dużo niżej. Zobaczyliśmy morze gęstych bielutkich chmur ostro oświetlonych przez słońce. Nad nami kilka chmurek rozdartych na niebieskim niebie a przed nami nieznane morze. Z wielkimi skalistymi wyspami.

fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant

Staliśmy jak zaczarowani, a dwa wariackie elektrony waliły mnie w głowę od środka i darły się „IDZIEMY NA ŚWINICE!!!!”. No i tak wyrwały mi się te słowa, na co Alicja powiedziała, że lepiej nie, że nie mamy takiego doświadczenia zimowego aby tam spokojnie iść. Odpoczęliśmy chwile pod stacją meteo, zjedliśmy, porozmawialiśmy z innymi którzy dotarli tu na piechotę, oraz spotkaliśmy moich znajomych z pracy. Nie ma to jak znajomi z pracy, w wygodnych butach miejskich, kolejką. Ahoj Justyna and Alan. Po napiciu się gorącej herbaty, bo tu akurat już było dość zimno, jakieś – 10 do – 12 zdecydowaliśmy się na zejście szlakiem przez Suche Czuby na Przełęcz pod Kopą Kondracką. Przecież to prosty szlak latem, raczej nic nas nie zaskoczy.

fot. Borys Sierżant

To właśnie tutaj zaczyna się sedno tej opowieści. Nawet nie wiecie jak bardzo cholernie się myliliśmy. Ruszyliśmy, widoki nas zatrzymywały i powalały na kolana. Brak było  słów na to piękno, bajeczne widoki, które zafundowała nam dziś natura. Nie można było tego uczucia opisać w jakikolwiek sposób. Po prostu staliśmy czy chwilami klęczeliśmy i gapiliśmy się na to cudo. Ruszyliśmy dalej cały czas patrząc na te widoki, szlak jak na razie przypominał ten letni, który jest spacerkiem. Pod nogami sypki śnieg a pod spodem betonowy lód. Raki hałasują podczas wbijania się w lód, ten dźwięk jest jedyny w swoim rodzaju. Nie można pomylić dźwięku wbijanych raków z jakimkolwiek innym dźwiękiem.

fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant

Staje na nawisie śnieżnym i rzucam okiem w dół. Idziemy dale,j godzina 13 szlak przestaje przypominać ten letni spacerek, robi się wąsko, a te zbocze, które latem jest niezbyt strome teraz jest przykryte potężną warstwą śniegu i  zrobiło się cholernie strome. Po lewej jakieś 500 m zbocza po prawej trochę mniej stromo. Adrelinowe elektrony przestają się zderzać, zatrzymują się i patrzą co się dzieje. W głowie myśl „cholera jak polecę na Słowacką stronę to zatrzymam się pewnie w Tichym Potoku. Docieramy do Pośredniego Wierchu Goryczkowego, zatrzymujemy się i w mojej głowie elektrony szaleją, impreza na całego. Na tą imprezę wpada elektron odpowiedzialności i pojawia się myśl „cholera może lepiej zawrócić”. Patrzę na szlak, chmury przecinają nasz szlak jak by chciały powiedzieć „jest późno, góry zaraz idą spać”. Przez chwilę widzę szlak, hm…  a przynajmniej tak mi się wydaje bo przed nami widać ślady jednej osoby i żadnych innych w każdą możliwą stronę.

fot. Borys Sierżant
fot. Borys Sierżant

Bez słowa ruszamy dalej, docieramy na Goryczkowa Przełęcz Świńską spotykamy Widmo Brokenu i tam dogania nas trzech chłopaków. Dwóch w lekkich i niskich butach trekkingowych i trzeci, który jako jedyny ma raki. Nie wspominam o czekanie. Proszą nas o zrobienie zdjęcia, wymieniamy kilka zdań robimy zdjęcia i ruszamy za nimi.  Jak to jeden z tych specjalistów powiedział „to max godzinka i jesteśmy, idę tym szlakiem nasty raz”. No i wiara w ludzi pozwala iść dalej. Ruszamy za nimi docieramy już teraz graniowym przejściem na sam szczyt Goryczkowej Czuby. Pogoda się psuje ale tylko na pół, po Słowackiej stronie piękne widoki i słońce, po Polskiej gęsta chmura a my na szczycie. Szlak na chwilę się odsłania, teraz lepszym pomysłem jest iść do przodu niż zawrócić. Jesteśmy już bliżej niż dalej.

fot. Borys Sierżant

Na szczycie Goryczkowej dopada nas kolejne Widmo Brokenu, aż mam ciary na ciele. Dodatkowa adrenalina, oby zobaczyć trzecie i jesteśmy bezpieczni. Ruszamy dalej, z mapy wynika, że Pośredni Goryczkowy jak i Goryczkową Czubę powinniśmy pokonać trawersując. A my robimy kolejną grań i to teraz musimy zejść z tej grani ponad 100 metrów przewyższenia. Schodzimy z Goryczkowej i pojawia się trawers, trójka która nas wyprzedziła zwolniła, na trawersie jest prawie tak samo stromo jak na grani. My mam raki, czekany i aktualnie idziemy z kijami trekkingowymi. Chłopacy mają jedne raki na 3 osoby, co chwila zsuwają się po metr lub półtora po zboczu w ostatniej chwili wbijając się czym popadnie w śnieg. Patrzę na to i nie dowierzam jak bardzo nieodpowiedzialnym można być, proszę ich aby się zatrzymali i przepuścili nas. Swoim zsuwaniem niszczyli nam jedyne wydeptane stopnie. Wyprzedzamy ich i ruszamy trawersem robi się co raz bardziej stromo, w pewnym momencie na przejściu pojawia się lód. Obracam się i patrzę, że ten jeden chłopak, który ma raki próbuje asekurować pozostałych dwóch. Widząc to aż przechodzą mnie ciarki. Patrzę przed siebie i nie widzę niczego poza tym co mam metr przed sobą. Cholera jasna adrelinowe elektrony mają co chciały i teraz zasilają mój organizm, ten jeden odpowiedzialny elektron siedzi w koncie i wali głową w ścianę. Zamieniam kije na czekan, Alicja wybiera opcje czekan w prawej ręce i kij w lewej. Informujemy pozostałych, że dalej nie przejdą, że jest kawał betonowego lodu. Jeden z nich, ten w rakach dochodzi do nas i podejmujemy wspólnie decyzję, że potrzebują pomocy TOPR. No to dzwonimy, sam też jestem przerażony tym co mam do przejścia. Chłopacy nawet nie znają numeru do TOPR, wpierw próbuje użyć aplikacji „Na ratunek” ale apka nie działa… Dzwonie na numer TOPR, dupa… dzwonie na 112, dupa… Każdy po kolei próbuje i w końcu ten chłopak dodzwania się do TOPRowców. Podajemy współrzędne i lokalizują nas na Suchych Czubach. Informujemy o stanie sprzętowym i o tym, że trzy osoby utknęły a dwie są wykończone. Szczerze to tutaj powinienem napisać jak zostaliśmy zmotywowani przez człowieka, który w centrali odebrał telefon ale powiem tylko tyle, że jak by stał ze mną twarzą w twarz i tak mówił to nie powstrzymałbym się od rękoczynów. Zawsze myślałem, że służby takie jak TOPR w takich chwilach powinny motywować i podnosić na duchu a nie kopać po dupie i rzucać teksty pod tytułem „a co wy tam w ogóle k… robicie?, czy wy mózgów nie macie?”. Rozmowa kończy się na tym, że nasza dwójka rusza dalej a trójka chłopaków zostaje i czeka na TOPR. Później w kronice TOPR przeczytałem kłamstwa miedzy innymi na temat tego, że ratowali pięć osób a nie trzy. No nic chłopaki muszą sobie poradzić, nasza dwójka już też jest wycieńczona. Adrenalina buzuje i dostajemy zastrzyk energii, ruszamy dalej. Najgorsza jest ta chmura przez, którą nie widzimy tak naprawdę gdzie idziemy i nie ma mowy o widoku na dalszą część szlaku. Widzimy metr a maksymalnie dwa przed sobą. Wspinamy się znów granią na środkową cześć Suchych Czub. Przechodzimy znów granią i znów w cholerny trawers, tym razem tak wąski, że chwilami czekanem musimy wbijać się w lód na skałach powyżej. Po lewej przepaść 400 m w dół, po prawej skała na 30 metrów w górę. Chwilami brak lodu na skale wiec wbijamy się dziobem czekana między skały i obejmujemy skały nogami bo nie ma gdzie postawić stopy. Przeskakujemy nad takimi kilkoma przejściami. Otwiera się widok, widzę Suchy Wierch Kondracki. Mam nadzieje, że to ostatni szczyt, ma który musimy się wbić dzisiejszego dnia. Obracam się i nie widzę Alicji, zniknęła za skałą którą przed chwilą pokonałem. Krzyczę Alllicjaaaaaa, czekam, brak odpowiedzi. Znów krzyczę, tym razem głośniej, nic. Wracam na tą cholerną skałę i zaglądam za nią. Uffffffff… Jest cała i zdrowa. To góry i chmury pochłaniają tak bardzo dźwięk, że jak się później dowiedziałem ona nawet nie słyszała, że krzyczałem. Alicja przeskakuje przez ostatni tak cholernie niebezpieczny moment. Patrzymy na szczyt, oboje mamy już dość. Ruszamy dalej, ja przodem, wystrzelony na tą cholerną górę jak z procy. W głowie myśl „oby to był Kondracki”. Rwę do przodu dzięki adrenalinie. Słońce już zachodzi i zaczyna się robić ciemno. „A miało być tak spokojnie!!!” ten odpowiedzialny elektron krzyczy w głowie i przebija ścianę głową. Docieram do słupka granicznego na Suchym Wierchu Kondracki, padam przy słupku na kolana i go przytulam. Śmieje się na cały głos, Alicja dociera do mnie i zauważa w dole drogowskaz na Przełęczy pod Kopą Kondracką. UUUUUUUUUUUff….. udało się. Gratulujemy sobie i chwytam za telefon dzwonie na TOPR informuję, że nasza dwójka jest już bezpieczna, robimy zdjęcie na, którym Alicja trochę zmusza się do uśmiechu. Ruszamy i po chwili docieramy na Przełęcz pod Kopą Kondracką. Przez co całe przejście i wszystko co musieliśmy zrobić, czemu stawić czoła w ogóle przestałem robić zdjęcia. W pamięci pozostają te hardkorowe widoki.

fot. Borys Sierżant

Siadamy przy drogowskazie, z mojego nosa leje się krew ale nie przejmuje się i wycieram ją. Nalewamy sobie herbaty, jemy po kawałku czekolady. Dopiero teraz mówię Alicji, że krew z nosa leci mi od pierwszego trawersu Suchych Czub, nie chciałem dokładać jej zmartwień. Słońce oświetla tylko chmury w górze, w dole robi się już ciemno, zakładamy czołówki chowamy czekany i zamieniamy je na kije trekkingowe. Po jakiś 20 minutach wstajemy. Oglądamy się za siebie i widzimy na Kondracki jakiegoś człowieka, machamy do niego rękoma, nic. Macham do niego czołówką, którą zdjąłem z głowy, nic. Dobra ruszamy, ktoś nas pewnie dogonił. Odpalamy czołówki i ruszamy w dół. Letni szlak zejściowy, który prowadzi zakosami w dół zmienił się w szlak, który prowadzi po prostu prosto w dół, akurat dzisiaj betonowym lodem. Po jakiś 20 minutach marszu spotykamy trzech toprowców, przekazujemy im wszystkie informacje dotyczące kierunku wiatru na szczytach, wysokości chmur, zakończenia chmur oraz jak wygląda sytuacja u chłopaków i na szlaku. Mówimy też o tym jednym człowieku, którego przed chwilą widzieliśmy. W odpowiedzi otrzymujemy podziękowania i informacje „niemożliwe aby ktoś jeszcze szedł, jesteśmy cały czas w kontakcie z tamtą trójką i nikt ich nie minął”. Żegnamy się, życzymy sobie powodzenia, dziękujemy i ruszamy w dół a oni w górę.

fot. Borys Sierżant

Dochodzimy szlakiem do schroniska na Hali Kondratowej, właściciel widząc nasze czołówki wychodzi nam naprzeciw, wita nas serdecznie i pyta czy wszystko w porządku. Proponuje nam herbatę a mnie częstuje papierosem. Cóż za serdeczny i świetny człowiek, żeby ziemia nosiła tylko takich. Cholera jasna, w lato go odwiedzę i przyniosę mu coś w podziękowaniu za tak serdeczną i cholernie miłą postawę. Zachował się jak byśmy byli jego starymi przyjaciółmi o których usłyszał od toprówców, że mają problemy i po prostu się martwił. Po chwili odpoczynku, pożegnaliśmy się i już w totalnych ciemnościach rozświetlanych czołówkami ruszyliśmy do Kuźnic.

Morał z tego wyjścia jest ważny. Szlak, który w lato jest spacerkiem, w zimę może zmienić się w cholernie trudny, a w najgorszym wypadku może zamienić się w śmiertelną pułapkę. Jeśli jednak czujesz się silny, znasz swój organizm i będziesz potrafił umysłem to wszystko ogarnąć to dasz rade z tego wyjść. Teraz śmieje się z tego wyjścia i opowiadam znajomym, lecz na szlaku nie było tak wesoło.

Po tym wszystkim zostaje jeszcze tylko jedno pytanie na, które nie mamy odpowiedzi. Czy na Przełęczy pod Kopą Kondracką i ja i Alicja mieliśmy zaburzenia świadomości skoro na 1000% nikt za nami nie szedł? Czy oboje widzieliśmy ducha gór? To pytanie pozostanie bez odpowiedzi.

Do zobaczenia na szlaku i dla wszystkich tyle samo zejść co wejść AHOJ!!!

Borys Sierżant