Trochę wiosny, trochę zimy

Wiosenna wycieczka w okresie kwitnienia krokusów chodziła mi po głowie już od dłuższego czasu, więc kiedy nadarzyła się okazja na wyjazd długo się nie zastanawialiśmy. Do Zakopanego mamy blisko 200 km, więc na dojazd musimy poświęcić pół nocy, żeby rano móc wyruszyć na szlak. Wydaje się to dość szalone, ale jest jak najbardziej realne. Na tę wycieczkę wybraliśmy się bez dzieci, taka podróż w dwie strony tego samego dnia byłaby dla nich zbyt męcząca, poza tym czasem można wykorzystać babcię i wyskoczyć gdzieś we dwoje 😉

Początkowo rozważamy wyjście do Doliny Chochołowskiej, słynącej z fioletowych dywanów, dalej myślimy o wycieczce na Grzesia i Rakoń. Trochę nas jednak odstrasza wizja tłumów, zwłaszcza, że jest weekend. Żeby było jasne, nie mam nic przeciwko innym ludziom w Tatrach, uważam, że góry są dla wszystkich i każdy, o ile robi to z poszanowaniem dla przyrody, ma prawo w nich przebywać i cieszyć się ich pięknem. Jeśli jednak spędzimy 2 godziny w kolejce do kasy, skróci nam się czas przeznaczony na wycieczkę. Zdjęcia oglądane w internecie wyraźnie mówią, że kwiatowe dywany na Kalatówkach nie są gorsze od tych w Chochołowskiej. Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, krokusy to tylko pretekst, chodzi o to, żeby wyrwać się w góry 😉  W Zakopcu jesteśmy po 6 rano, wita nas chłodny i rześki, ale bardzo pogodny poranek. Potrzebuję kilku chwil na rozbudzenie po aviomarinie – ten wspaniały lek całkowicie likwiduje objawy choroby lokomocyjnej, działa jednak trochę jak narkotyk. Swoją drogą przykra ta przypadłość najczęściej mija wraz z dzieciństwem, ale ja chyba będę bujać się z tym dziadostwem do samej śmierci… Na szczęście świeże powietrze robi swoje i szybko odzyskuję przytomność umysłu. Czeka nas jeszcze wypożyczenie raków i ruszamy wreszcie w stronę Kuźnic. Chętnych jest całkiem sporo, bus jest pełny. W Kuźnicach wybieramy szlak na Kalatówki. Tu na dole nie ma już śladu po śniegu, na Polanę docieramy bardzo szybko. Mamy okazję podziwiać wysyp krokusów, rzeczywiście wcale nie gorszy od tego w Chochołowskiej, a wolny od tłumów. Robimy przerwę na śniadanie przy pięknych widokach i małą sesję krokusową (choć najbardziej efektownych dywanów nie udaje się uchwycić – w zacienionych miejscach kwiaty są jeszcze nie rozwinięte, poza tym nie chcemy pchać się z buciorami między kwiatki).

fot. Karolina Mikołajczyk
fot. Karolina Mikołajczyk

Po śniadaniu pełni sił ruszamy na Halę Kondratową. Tu są jeszcze pozostałości śniegu, a szlak miejscami jest oblodzony, trzeba więc uważać. Nie opłaca się zakładać raków na taki kawałek, więc idziemy po prostu bardzo ostrożnie. Przy schronisku sporo ludzi i prawdziwie wymieszanie pór roku. Część turystów z ekwipunkiem typowo letnim, część ze sprzętem zimowym i kilku skiturowców. Na Hali pełne słońce i upał jak w lecie, a powyżej jeszcze sporo śniegu. Decydujemy się iść na Przełęcz pod Kopą Kondracką. Nie tylko my obraliśmy taki cel, idzie jeszcze kilka osób, powyżej też widać poruszające się punkciki. Jakież jest nasze zdziwienie, gdy zauważamy, że ludzie idą wprost na przełęcz, a nie zakosami jak w lecie. Wiem, że wiele szlaków ma swoje warianty zimowe, ale po raz pierwszy mam okazję zobaczyć jak to w praktyce wygląda. Na podejściu na przełęcz śniegu jest bardzo dużo, jest miękki i grząski, co parę kroków więc zapadamy się, nawet po pas. Bardzo przydają mi się kijki pożyczone od siostry. Marcin musi sobie radzić bez, do tego jego obuwie z Decathlonu okazało się zakupem bardzo chybionym (mają świetne buty dziecięce i sporo fajnych rzeczy, ale co do obuwia dla dorosłych marki Quechua… jedyną jego zaletą jest niska cena), grzebie się więc w śniegu znacznie gorzej ode mnie. W dodatku niecnie wykorzystuję swojego małżonka i to on niesie przez znakomitą większość wycieczki nasz plecak (wzięliśmy jeden, 40 litrów). Idę więc sobie na lekko, wspomagam się kijkami, ale podejście na przełęcz i tak mnie wykańcza. Na ostatni odcinek decydujemy się założyć raki, wprawdzie jest sporo ludzi, którzy idą bez, schodzi też spora grupka w adidasach (jedna dziewczyna na naszych oczach doznaje kontuzji kolana…), ale nie po to je wypożyczyliśmy, żeby teraz gdzieś ujechać. To nasz pierwszy raz w rakach, więc trzeba się oswoić z żelastwem pod podeszwami. Nogi ważą więcej, ale idzie się rzeczywiście łatwiej. Docieramy na przełęcz po blisko 3 godzinach od hali kompletnie wyczerpani, ale bardzo zadowoleni. Widoki wynagradzają nam trudy.

fot. Karolina Mikołajczyk
fot. Karolina Mikołajczyk
fot. Karolina Mikołajczyk
fot. Karolina Mikołajczyk
fot. Karolina Mikołajczyk

Jemy drugie śniadanie (albo raczej wczesny obiad), robimy sesję fotograficzną i kombinujemy co dalej. Jest jeszcze dość wcześnie, a szlak na Kopę Kondracką wygląda całkiem nieźle, więc chcemy spróbować wejść na szczyt. Z przełęczy to już tylko 20 minut, choć zmęczyć się trzeba, bo ścieżka wiedzie ostro pod górę. Ze szlaku na szczyt i samego szczytu widoki jeszcze piękniejsze, odsłania się spory fragment Tatr Wysokich. Na Kopie nie spędzamy dużo czasu, przed nami jeszcze fragment grani do Przełęczy Kondrackiej i zejście. Na grani warunki mieszane – miejscami sucho, a miejscami zapadający się śnieg. Na ostatni odcinek zejścia do przełęczy zakładamy raki – tu są bardzo przydatne (wąskie, oblodzone odcinki). Zerkamy na szczyt Giewontu – śniegu tam prawie nie ma, wierzchołek jest blisko, ale czasu mamy trochę za mało, poza tym wiecznie zatłoczony Giewont nie jest dla nas aż taką atrakcją. Czuję, ze zaczyna palić mnie skóra na karku i ramionach – zapomniałam kremu z filtrem, a słońce w górach potrafi boleśnie przypiec – o tym jak bardzo boleśnie, przekonam się już w domu.

fot. Karolina Mikołajczyk
fot. Karolina Mikołajczyk
fot. Karolina Mikołajczyk

Zimowe zejście z Przełęczy Kondrackiej na halę początkowo wiedzie wąskim zboczem, następnie stromo prowadzi w dół. Jest bardzo ślisko, śnieg się zapada i rozjeżdża, raki są przydatne. Schodząc do schroniska obserwujemy akcję TOPRU w okolicach Przełęczy pod Kopą Kondracką, na której byliśmy jeszcze parę godzin temu (później okazało się, że to ranny skiturowiec). Przy schronisku odpoczywamy chwilę, pakujemy raki do plecaka i schodzimy. W lesie jeszcze kilka odcinków wymagających uwagi, od Kalatówek już bezproblemowa, sucha ścieżka. W Kuźnicach łapiemy busa i zjeżdżamy do centrum. Droga powrotna do Katowic mija nam błyskawicznie (całą przesypiamy). Warto było tak się przetyrać, złapać oddech od codzienności, wspomnienia mamy fantastyczne 🙂

Materiał pochodzi z zaprzyjaźnionej strony: Rodzinka na szlaku

Karolina Mikołajczyk