Wokół Łomnicy


W połowie lipca wybraliśmy się na przedłużony weekend. Wybór padł na rundę wokół Łomnicy. Start i meta w Tatranska Javorina.

Prognoza pogody była bardzo dobra. Po zaparkowaniu samochodu, od razu ruszyliśmy na szlak.

Pierwszy odcinek szlaku przez  Dolinę Jaworową prowadził wygodną drogą aż do rozdroża pod Muraniem. Tu rozgałęzienie szlaków. Niebieski, skręcał w lewo i trawersując dolne partie Murania wprowadzał w dolinę Zadnich Koperszadów (Zadne Medodoly).  Zielony prowadził dalej dnem doliny Jaworowej – nim będziemy wracać za 2 dni. Póki co, skręcamy w lewo i kierujemy się na  Przełęcz pod Kopą (Kopske Sedlo).

fot. Marek Stanisławski

Po lewej towarzyszą nam jasne skały Tatr Bielskich a dookoła nas wysoko nasycona zieleń traw i lasów. Widoki są fantastyczne dzięki temu, iż szlak w większości prowadzi niezalesionymi polanami.

fot. Marek Stanisławski

fot. Marek Stanisławski

Powoli po prawej zaczynają być widoczne południowe zbocza Jagnięcego Wierchu a w miarę zdobywania wysokości ściany doliny zbiegają się ku sobie coraz bardziej zawężając pole widzenia.

fot. Marek Stanisławski

Jeszcze kilka chwil i robimy krótki odpoczynek na Przełączy pod Kopą (1750 m n.p.m.). Tu spotykamy pierwszych ludzi, dochodzą  czerwonym szlakiem od strony Ździaru. Na przełęczy oba szlaki łączą się i dalej wiodą do leżącej nieopodal Doliny Białych Stawów.

fot. Marek Stanisławski

Sama przełęcz jest dość rozległą łąką o wspaniałych walorach widokowych. Na mnie największe wrażenie zrobił widok w stronę Tatr Wysokich. Byliśmy przecież na samym ich krańcu.

fot. Marek Stanisławski

Po raz pierwszy na tej wycieczce zobaczyliśmy Łomnicę, która od tego momentu będzie nam towarzyszyć przez kolejne 2 dni. Widok w stronę Tatr Bielskich – też niczego sobie. Soczysta zieleń zwieńczona koroną jasnych skał.

fot. Marek Stanisławski

Do Chaty pri Zelenom Plese została nam godzinka, więc bez pośpiechu ruszyliśmy w stronę Doliny Białych Stawów. Początkowo szlak prowadzi niemal płasko, rozległym płaskowyżem aż do jego krawędzi. Stąd widać już Białe Stawy.

fot. Marek Stanisławski

Chwilę stromo w dół i już wędrujemy przez Dolinę Białych Stawów. Początek lata był dość suchy tego roku, więc wody w stawach za dużo nie było. Stopniowo wyłaniają się sylwetki tatrzańskich kolosów. Kieżmarski, Łomnica, Durny… i Jagnięcy – tym razem widziany od zachodu.

fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski

Od krzyżówki szlaków przy Wielkim Białym Stawie skręcamy w prawo i podążając za „červená značka” w pół godziny dochodzimy do miejsca noclegu. Schronisko przy Zielonym Stawie.

fot. Marek Stanisławski

Jest to chyba jedno z piękniej położonych schronisk tatrzańskich. Okoliczne ściany robią monumentalne wrażenie a wznosząca się nad nim Jastrzębia Turnia dopełnia obrazu. I ta zielona woda w stawie… ciężko jest wymyślić piękniejsze okoliczności przyrody.

fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski

Następny poranek. Pogoda jak marzenie. Plan na dzień dość intensywny. Chcemy wejść na Jagnięcy szczyt, wrócić nad Zielony Staw i stąd magistralą przez Wielką Świstówkę dojść do Chaty Zamovskeho. Póki co – jest 6 rano i ruszamy ze schroniska.

fot. Marek Stanisławski

Pierwszy odcinek żółtego szlaku pokonujemy w kompletnej ciszy. I nie chodzi tylko o to, że poza nami nie ma nikogo na szlaku. Najlżejszy nawet podmuch nie porusza trawą czy listkiem. Dookoła nas panuje absolutna cisza, zatem nie mącimy jej zbędnym gadaniem. Chłoniemy za to na potęgę otaczające nas widoki. I nagle konsternacja… ktoś stoi na szlaku i patrzy się na nas.

fot. Marek Stanisławski

Przez chwilę przypatrywaliśmy się sobie nawzajem, potem jej zaciekawienie zmalało i wróciła do skubania trawy. W skupieniu przeszliśmy obok i kontynuowaliśmy wędrówkę. Po chwili przekroczyliśmy próg Doliny Jagnięcej (Cervena Dolina). Na samym progu, miniaturowy stawek i kolejna kozica przy wodopoju.

fot. Marek Stanisławski

Ponad stawkiem, żółty szlak okrąża Jagnięcą Dolinę z początku trawersując dolne partie Jastrzębiej Turni, po czym skręca na północ aby ostatecznie wspiąć się na grań opadającą z Jagnięcego na południowy-wschód w stronę Kołowego Szczytu.

fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski

Powoli zyskujemy wysokość. Mimo połowy lipca i prawdziwie letnich temperatur, poniżej grani uchowało się  niewielkie pole śnieżne. Całe szczęście że nie jest stromo.

fot. Marek Stanisławski

Za naszymi plecami na drugim planie wyłoniła się Grań Wideł. Tak, to zdecydowanie cel na którąś z kolejnych wycieczek.

fot. Marek Stanisławski

Wreszcie osiągnęliśmy grań. Przyglądamy się uważnie miejscu, w którym szlak wchodzi na grań. W przewodniku napisano, że w drodze powrotnej łatwo przeoczyć to miejsce. Faktycznie wydeptanych ścieżek jest plątanina.

fot. Marek Stanisławski

Teraz już niedaleko do wierzchołka a widoki zapierają dech w piersiach. Z tyłu hipnotyzujący wierzchołek Kołowego Wierchu, a nieco w prawo od niego na dalszym planie, Lodowy a hen na horyzoncie Wysoka, Ganek, Rysy.  Z przodu Jagnięcy. Za nim, po prawej i lewej grań Tatr Bielskich, a w lewo tył – Widły. Docieramy na szczyt. Jest trochę po 8 rano. Oczywiście – mamy szczyt tylko dla siebie.

fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski

Trochę czasu zmitrężyliśmy na szczycie, ale warto było. Niestety, czekał nas powrót po własnych śladach. Nie lubię iść i wracać tą samą drogą, ale cóż. W przypadku Jagnięcego inaczej się nie da. Zatem robimy w tył zwrot i wracamy. Po drodze mijamy stadko kozic i bez przygód docieramy do Schroniska. Chwila oddechu, čapovaná kofola i znowu na szlaku. Tym razem przemieszczamy się wraz z dość dużą liczbą turystów magistralą. Z początku dość płasko, lecz po chwili szlak nagle staje dęba. Robi się stromo, pojawiają się łańcuchy i zatory. Nieczęsto mi się zdarza niemoc – ale tam dopadła mnie jak nigdy dotąd. Ledwo mogłem się ruszać, byłem bez sił. Strasznie to deprymujące. Jedynym pocieszeniem były widoki.

fot. Marek Stanisławski

Przyjemnie znaleźć się po drugiej stronie doliny i obserwować szlak którym kilka godzin wcześniej się szło. Z podejścia na Przełęcz pod Świstówką widać schronisko i praktycznie cały szlak na Jagnięcy. Wreszcie wdrapaliśmy się na przełęcz. Szczęśliwie odzyskałem też siły i bez zwłoki poszliśmy na oddalony o kilka minut od przełęczy, szczyt Velka Svistovka (2038 m n.p.m.). Tym razem widok zdominował Kezmarsky Stit (2556 m n.p.m.).

fot. Marek Stanisławski

Wejście na przełącz czy też Szczyt otworzyło widok na południe. Tatry są jednak małe… Wczoraj zaczęliśmy na północnym brzegu a dziś widać już południowy. W zasięgu wzroku pojawiła się stacja pośrednia kolejki na Łomnicę oraz obserwatorium przy Łomnickim Stawie. Potrzeba niecałej godziny żeby tam dojść. Najpierw szlak prowadzi dość kruchym terenem a potem po wielkich płaskich płytach, wantach. Dość przyjemnie się po tym idzie.

Zatrzymaliśmy się na chwilę w Skalnata Chata a potem dalej magistralą do Zamkovskeho.

fot. Marek Stanisławski

Następnego dnia ruszyliśmy o wschodzie słońca. Pierwszy odcinek to spacer Doliną Małej Zimnej Wody do Terinki. Poranek był rześki więc szło się wyśmienicie, tym bardziej że szlak niewymagający a widoki cudowne. Po mniej więcej godzinie, wydać było próg Doliny Pięciu Stawów Spiskich z opadającym z niego wodospadem.

fot. Marek Stanisławski

Widoczny po lewej masyw Pośredniej Grani wyłaniał się powoli z cienia podczas gdy dno doliny, która szliśmy nadal pozostawał nieoświetlony. Mimo tego, barwny dywan kwiatów robił wrażenie. Po dłuższej chwili zaczęliśmy podchodzić na próg. Wodospad widziany z boku, już nie był tak malowniczy.

fot. Marek Stanisławski

Wreszcie jest – Terycho Chata. Widać też pierwszych Ludzi, kręcących się wokół schroniska.

fot. Marek Stanisławski

Jest przed 7:00 więc najwyższy czas na śniadanie. Siedliśmy na werandzie i rozpoczęliśmy posiłek. Grupy turystów szykowały się do wyjścia na szlak. Większość w planach miała Czerwoną Ławkę. Piękny szlak. Robiliśmy go rok wcześniej, duża frajda. Słońce bardzo mocno przypiekało mimo tak wczesnej pory – to zwykle nie wróży nic dobrego. Póki co jest pięknie. Jest czas żeby rozejrzeć się po otoczeniu doliny.

Najbliżej schroniska na południowy zachód wznosi się Pośrednia Grań (2441 m n.p.m.).

fot. Marek Stanisławski

Na prawo od niej widać przełęcz Czerwona Ławka z charakterystycznym niemal pionowym uskokiem grani.

fot. Marek Stanisławski

Po przeciwnej stronie doliny Baranie Rogi (2526 m n.p.m.) i Durny Szczyt (2621 m n.p.n.) i Łomnica (2634 m n.p.m.) Nie widać wierzchołka – ale wiadomo że tam jest…

fot. Marek Stanisławski

Wszystkie te nazwy robią naprawdę wrażenie. Okolica doliny Pięciu Stawów Spiskich – to pierwsza liga Tatr Wysokich – a przecież jest jeszcze on. Lodowy Szczyt (2.627 m n.p.m.).

fot. Marek Stanisławski

W sumie z 14 szczytów Wielkiej Korony Tatr, aż 5 otacza Dolinę Pięciu Stawów Spiskich. Ale dość marudzenia.  Śniadanie skończone – ruszamy dalej. Pierwszy odcinek szlaku na Lodową Przełęcz (tam zmierzamy) i na Czerwoną Ławkę jest wspólny aż do Rázcestie pod Sedielkom (2040 m n.p.m.).

fot. Marek Stanisławski

Dalej już tylko zielony szlak i znowu nikogo w zasięgu wzroku. Za to w zasięgu wzroku pojawiła się Lodowa Przełęcz (2376 m n.p.m.) z jej zakosami.

fot. Marek Stanisławski

Mozolne podejście. Po drodze przechodzimy obok Lodowego Stawu (Modre Pleso), najwyżej położonego, stałego tatrzańskiego stawu. Mimo, że jest druga połowa lipca i temperatura jakieś 25 stopni, na stawie nadal znajduje się spory kawał lodu.

fot. Marek Stanisławski

Wreszcie jest. Lodowa Przełęcz. Jeśli do tej pory widoki były rewelacyjne – to, to co widać z przełęczy na stronę Doliny Jaworowej zwala z nóg.

„Widziałem góry większe, wspanialsze i bardziej majestatyczne. W góry piękniejsze od Tatr jednak nie wierzę” – Stanisław Zieliński,

Stojąc na Lodowej Przełęczy, powyższe stwierdzenie staje się bardzo oczywiste.

fot. Marek Stanisławski
fot. Marek Stanisławski

Mimo, iż chciałoby się siedzieć i chłonąć ten widok godzinami, czekała nas długa droga przez calutką dolinę Jaworową. Powietrze stało się bardzo ciężkie a horyzont spowiły ciężkie, ciemne chmury. Burza była pewna – otwarte pozostało tylko gdzie nas złapie. Rozpoczęliśmy schodzenie. Po mniej więcej trzydziestu minutach nad nami rozpętało się piekło. Istny Armagedon. Potężna burza z tak intensywnymi opadami deszczu i gradu, że każdy żleb w jednej chwili zamienił się w rwący potok, każdy komin w wodospad. Byliśmy ciągle na otwartej przestrzeni, gdzieś w środku  Zadniej Doliny Jaworowej. Temperatura spadała o dobre 15  – 20 stopni. Masakra. Po lewej, zwarty mur Jaworowych Turni. Woda lała się z niego jak z progu Niagary. Przerażający i jednocześnie piękny widok.

Całe szczęście, że burza nie trwała długo. Po 30, 40 minutach przeszła w drobny, przerywany deszczyk. Ruszyliśmy ze zdwojoną siłą – żeby się trochę rozgrzać. Minęło trochę czasu zanim pojawiła się kosówka, potem drzewa. Szlak zmienił się w leśną ścieżkę, potem w szeroką błotnistą drogę. Ustał deszcz, a niebo zaczęło robić się znowu niebieskie. Bez przeszkód dotarliśmy do parkingu a na niebie  ponownie pojawiło się słońce.

Podsumowanie

Dzień 1 = 13 km, 807 km w górę, 296 m w dół

Dzień 2 = 15,1 km, 1219 m w górę, 1301 m w doł

Dzień 3 = 18 km, 1002 m w górę, 1492 m w dół

Małgorzata Stanisławska i Marek Stanisławski